ARTYKUŁY

  klub
strona główna
aktualności
informacje
prasa
wydarzenia
wywiady
  liga
kadra
terminarz
mecze
tabela
  historia
kronika
resoviacy
1905...
Rzeszów
artykuły
  www
e-muzeum
foto
linki
kontakt
księga gości
forum

 

 

 

 

 

 

"W cieniu wielkich stadionów" - Andrzej Bielak

Od autora

Pomysł na napisanie wspomnień o mojej „karierze” piłkarskiej zrodził się z braku... innego, lepszego pomysłu. Świadomie ująłem pojęcie kariera w cudzysłów. Zdaję sobie sprawę z tego, że moja kariera piłkarska nie była czymś spektakularnym i nie posiadała wielkich wzlotów, ale też oszczędziła mi mrożących krew w żyłach upadków. Jednak różni się w jednym i zasadniczym aspekcie od innych, podobnych – jest moja i opowiedziana przeze mnie.

Kto w takim razie mógłby być nią zainteresowany? Z dużą pokorą zacznę od tych wszystkich, którzy będą na tyle ciekawi, żeby poświęcić kilka chwil i przekonać się, że życie w cieniu wielkich stadionów też ma swoje odcienie, nawet odcienie szarości. Dla fanów filmu "Fifty Shades of Grey" wyjaśniam od razu, że takich odcieni szarości jak w filmie u mnie nie doświadczycie. Znajdziecie natomiast świat widziany oczami młodego chłopca z białostockich Kresów, który postanowił odkryć te inne Kresy, rzeszowskie.

Po napisaniu i przeczytaniu tekstu poczułem, że Resovia i Rzeszów stały się cząstką mojego życia, którą ciepło wspominam. Córka Amanda, urodzona w Rzeszowie, mimo że wyjechała z Rzeszowa w wieku 1,5 roku, dumnie twierdzi do dziś, że jest rzeszowianką. Na nic zdały się moje próby przekupstwa i przeciągnięcia jej na białostocką stronę. Tej struny dzisiaj już nie przeginam.

Wspomnienia z okresu rzeszowskiego są fragmentem tekstu pod roboczym tytułem „W cieniu wielkich stadionów”. Mam nadzieję, drogi czytelniku, że tekst, choć fragmentarycznie przybliży Ci Resovię i Rzeszów z końca lat 70. i początku 80. Dla wielu z Was będzie to powrót do ówczesnej rzeczywistości, a młodsi czytelnicy będą próbowali zaszufladkować niektóre rzeczy do lektury w kategorii science fiction. Zapewniam, życie w PRL-u w końcu lat 70. nie było fantastyką, choć niejednokrotnie trzeba było się uszczypnąć, żeby sobie uzmysłowić, że to naprawdę się wydarzyło.   

Życzę ciekawej podróży do przeszłości, jeśli zdecydowałeś się podjąć takie ryzyko.

Andrzej Bielak, Resoviak w latach 1978-81

 

Ślub i nowe Kresy

Zadzwoniłem do kierownika Poleskiego i oznajmiłem swoją decyzję. Sprawiał wrażenie zadowolonego. Ustaliliśmy, że przyjedzie do Białegostoku i podpiszemy dokumenty. W międzyczasie miałem skontaktować się z Jagiellonią. Udałem się do kancelarii i poinformowałem kierownictwo, że zamierzam zmienić barwy klubowe. Moje postanowienie wywołało u kierownictwa klubu wolę walki, tej, której niektórym zawodnikom zabrakło na boisku w końcowej fazie sezonu. Oznajmili, żebym zapomniał o swoich planach. Jeśli zajdzie potrzeba, nie zawahają się nawet przed zdyskwalifikowaniem mnie. Rok bez grania w piłkę już niejednemu złamał karierę.

Opowiedziałem panu Poleskiemu o moich wrażeniach z wizyty w klubie. Wspomniałem także, że w działaczy Jagiellonii wstąpił duch... walki. Pan Poleski rzekł, żebym się nie martwił, bo tak się zawsze mówi. Dla mnie to zawsze byłby drugi raz. Pierwszym było przejście z Włókniarza do Jagiellonii. Wtedy pauzowałem przez cztery kolejki. Nie chciałem, żeby to się mi przydarzyło jeszcze raz.

Resovia zaczęła negocjować z Jagiellonią. Pan Poleski przekonał się, że Jagiellonia zwarła szyki obronne. Próby pertraktacji nie posunęły sprawy ani o milimetr. Jagiellonia nie miała nawet ochoty rozmawiać. Trener Grzegorz Bielatowicz przeprowadził ze mną rozmowę starając się mnie przekonać, że będę potrzebny klubowi w powrocie do II ligi. Zastanawiałem się jednak, czy rozmawiałem z właściwym człowiekiem. Trener nie zdołał utrzymać drużyny w II lidze, a takie „osiągnięcia” prawie z urzędu nie pozostawiają złudzeń o zaufaniu to szkoleniowca. Oficjalnie w dalszym ciągu był trenerem pierwszej drużyny.

Trener Bielatowicz był solidnym szkoleniowcem. Wierzył we mnie, a ja starałem mu się odwdzięczyć za zaufanie dobrą grą na boisku. Jeśli już nie grą, to w każdym razie ambicją i poświęceniem. Wydawało mi się, że mój styl gry, pasował do jego koncepcji futbolu. Nie faworyzował mnie, ale też nie zdejmował mnie z boiska po 28 minutach. Popierał także mój wybór studiów. Wiedział też o moim ekstremalnym nastawieniu do alkoholu i nie widział w tym nic szczególnego. Miał niestety problemy, zresztą jak każdy inny trener w Jagiellonii czy Włókniarzu, z dotarciem do starszej generacji piłkarzy. Był świadomy, że w zespole istniały podziały i kliki piłkarzy, którzy nie stronili od alkoholu. Nie był w stanie nic z tym zrobić. Żeby zrobić porządek, musiałby wyrzucić połowę drużyny. Aż tak szerokiej ławki rezerwowych Jagiellonia nie miała. Wyjaśniłem trenerowi, że chciałem się sprawdzić w innym klubie i posmakować oraz nauczyć się życia z dala od bliskich i rodzinnego miasta. Powiedział, że szanuje moje argumenty. Prosił jednak, żebym się jeszcze raz zastanowił.

Do zastanowienia skłonił mnie fakt, że zostałem przyjęty na zaoczne studia prawnicze na filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Oznaczałoby to, że jeżeli przenieślibyśmy się do Rzeszowa, musiałbym dojeżdżać na zajęcia do Białegostoku, 420 km co drugi tydzień. Zajęcia na zaocznych studiach miały się odbywać w soboty i niedziele. Z tego punktu widzenia pozostanie w Białymstoku miałoby większy sens. Porozmawiałem z Marią. W dalszym ciągu uważała, że rzeszowska alternatywa była warta sprawdzenia.

Kierownik Poleski odwiedził nas, Marię i mnie, podczas naszego urlopu w Augustowie. Przywiózł ze sobą wstępne dokumenty, a ja złożyłem, równie wstępny, podpis. Klamka zapadła.

Na tydzień przed ślubem przyszła oczekiwana wiadomość z armii. Liścik nie był okraszony serduszkami, ale treść ucieszyła mnie. Zostałem oficjalnie przeniesiony do służby wojskowej w rezerwach. Innymi słowami, nie będę musiał zajmować się czyszczeniem swoich kamaszów, a może i też cudzych. Zostałem rezerwistą. Do wojska poszedłbym jedynie w sytuacji, jeśli Niemcy albo Marsjanie groziliby naruszeniem naszej suwerenności.

Dzień ślubu zbliżał się milowymi krokami, a ja nie miałem jeszcze garnituru. Pokazałem Marii swój garnitur z Włókniarza. Nie mogła się nadziwić, że coś takiego można było uszyć i nosić. Starałem się wytłumaczyć, że ten garnitur nosiły takie sławy, jak Rysiek Bujno. Zapytała, czy może miałem ochotę ożenić się z Rysiem. Ciężki argument i oczywiście wycofałem się ze swojej propozycji. Postanowiliśmy dać możliwość znajomemu krawcowi pokazać swój kunszt i przebić włókniarskie arcydzieło. Wybraliśmy, a ściślej Maria, odpowiedni kolor, popielaty. Uznała, że w tym kolorze będę wyglądał jak cudeńko. Ustaliliśmy też, że do Rzeszowa wyjedziemy dzień po naszym ślubie.

Dzień ślubu przebiegł w tempie filmu z okresu niemego, na przyśpieszonych obrotach. Przygotowania do ceremonii, zgiełk, komentarze, towarzyszyły nam cały dzień. Największym światełkiem tego dnia była Maria. Była cudownie ubrana. W wymarzonej białej sukience i krótkim welonie sprawiała wrażenie modelki. Piękne i szlachetne rysy twarzy oraz cudowny uśmiech dopełniały obraz Marii, tamtego dnia. Ktoś religijnie i duchowo odbierający jej wizerunek mógł się spokojnie pokusić o modlenie się do jej zdjęcia. W nowo uszytym garniturze wyglądałem korzystniej niż w we włókniarskim. Popielaty kolor może nie zrobił ze mnie przystojniaka. Przy moim wzroście, nawet Christian Dior, miałby problemy ze stworzeniem ze mnie amanta. A już zdecydowanie nie było takiej opcji, żeby nawet religijny fundamentalista chciał się modlić do mojej fotografii.

W kościele św. Rocha uroczystość odbyła się standardowo i szybko. Inne pary już czekały w kolejce do ołtarza. Założyliśmy sobie obrączki i tuż po wyjściu z kościoła od razu je zdjęliśmy. Były potrzebne przy następnej ceremonii. Wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego na ulicę Lenina. Z kościoła na Lenina. Takie były jednak czasy. Marysia, już bez welonu, w dalszym ciągu wyglądała pięknie. Byłem szczęśliwy, że chciała zostać moją żoną.

Po ślubie cywilnym pojechaliśmy do fotografa. Tu się zaczęło ustawianie, przestawianie, komentowanie, kto z kim powinien być lub nie być na zdjęciu. Gdy widziałem ten rodzinny rozgardiasz, cieszyłem się, że jutro już nas tam nie będzie. Walizki mieliśmy spakowane.

Od fotografa pojechaliśmy do domu Marii. Przebraliśmy się i dalej w drogę – na stadion Gwardii, na wesele. Była to impreza w zasadzie dla innych. Maria i ja nawet nie chcieliśmy jej organizować. Rodzice Marii jednak uznali, że tak nie można, nie wypada, co inni powiedzą, itd. Moja mama popierała naszą propozycją. Zorganizowaliśmy imprezę weselną jedynie z szacunku dla rodziców Marii. Na weselu było, jak to zwykle na weselach bywa. Może jedynie poza pewnym weselnym „stałym fragmentem gry” – obeszło się bez bijatyki.

Na weselu byli moi bliscy przyjaciele, Marek Bitel i Mietek Sienkiewicz. Podczas wesela zeszliśmy na murawę stadionu postrzelać rzuty karne. Zabraliśmy ze sobą jednego z weselników, któremu alkohol pomógł uzmysłowić, że posiada niespełnione talenty bramkarskie. Ganialiśmy go na zmianę od słupka do słupka. Za każdym razem przysięgał, że to już ostatni raz puścił bramkę. Dzięki swojej uporczywości i ambicji w końcu dotrzymał słowa, nie puścił już więcej bramek. Zderzył się ze słupkiem, rozbił sobie nos i było po imprezie. Po bohatersku stwierdził, że do wesela się zagoi. Zwróciliśmy mu uwagę, że na wesele właśnie przyszedł ze swoją żoną. Był jednak człowiekiem znającym odpowiedź na każde pytanie i stwierdził, że jak nie z tą to z inną. Wiedział swoje.

To mógł być mój ostatni występ na murawie stadionu Gwardii. Imprezę weselną opuściliśmy z Marysią tuż po północy. O szóstej rano mieliśmy pociąg do Warszawy. Bilety kupiliśmy w jedną stronę.

Przywitał nas dumny napis: Rzeszów Główny.

– Marysiu, oto początek naszej tułaczki.

– A wybierasz się gdzieś dalej?

– Nie, ale teraz poczułem, że opuściliśmy nasze Krużewniki.

Na dworcu przywitał nas pan Poleski.

– Witamy na Kresach.

– Dzień dobry panu. Nie mogę się połapać. Wydawało się nam, że dzisiaj rano właśnie wyjechaliśmy z Kresów. To oznaczałoby, że Kresy są wielkie.

– Masz rację. Nasze Kresy są jednak inne, gwarantuje.

Zawiózł nas do budynku położonego niedaleko stadionu Resovii, na ulicy Turkienicza. Przywitał nas równie dumny napis: Hotel Sportowy.

– Pierwszy okres pobytu w Rzeszowie spędzicie tutaj. Postaramy się jak najszybciej załatwić wam mieszkanie.

Hotel Sportowy wyglądał jak barak, w którym spędziłem wczesne dzieciństwo, tyle że był murowany i dwupoziomowy.

 

 

Było mi trochę żal żony, że musiała zrezygnować ze swoich ambicji i wyjechać ze mną w świat. O finanse nie musieliśmy się martwić. Wyjazd traktowaliśmy jako przygodę, a przede wszystkim jako życiowe doświadczenie i wyzwanie.

Hotele w PRL-u, zwłaszcza tego typu, były specyficznymi miejscami. Po tygodniu pobytu dostrzegliśmy jego wszelkie walory i mankamenty. Do tych pierwszych bezsprzecznie należało, że dawały dach nad głową. I tu kończyły się zalety. Dostaliśmy pokój, w którym mieściliśmy się, ale walizki musieliśmy schować pod łóżka, żeby móc się po nim swobodnie poruszać. Toaleta i łazienki były wspólne, na korytarzu. Ściany pokojów pozwalały na dowolne śledzenie rozmów sąsiadów, o każdej porze dnia i nocy. Czyli były to tak zwane „rozmowy kontrolowane”. Żeby było sprawiedliwie, sąsiedzi musieli się wsłuchać w narrację i odgłosy dochodzące z pokoju nowożeńców. Spotkania w hotelowym korytarzu dawały możliwość do wymiany spojrzeń, uśmieszków i czasami komentarzy.

Tam też poznaliśmy sportowców z innych dyscyplin, którzy także byli na podobnym etapie życia jak my – oczekiwania na mieszkanie. Byli to siatkarze i koszykarze. Resovia miała prężne sekcje siatkarskie i koszykarskie, które liczyły się w Polsce. Jednym z nich był siatkarz, bodajże miał na imię Franek. Jak na siatkarza przystało, musiał się schylać, żeby się zmieścić w drzwiach. Był sympatyczny. Szybko znaleźliśmy wspólny język. To on mi otworzył świat do muzyki, której dotychczas nie słuchałem. Al di Meola, Paco de Lucia, Weather Report, Rick Wakeman, King Crimson, Genesis, Tangerine Dream, Jean-Michel Jarre, Vangelis i wielu innych. Franek posiadał dobrej klasy magnetofon szpulowy i puszczał mi kawałki ze swojej kolekcji. Nasze głośne muzyczne przesłuchania nie znalazły jednak aprobaty u części mieszkańców hotelu i wkrótce ukrócono nasze koncerty.

Z powodu odebrania nam tej możliwości i kilku innych praktycznych nieudogodnień powiedziałem w klubie, że w końcu chcielibyśmy się wyspać i poprosiłem o szybsze załatwienie mieszkania. Sprawa była w toku, ale nie na tyle sfinalizowana, żebyśmy mogli dostać klucze. Miało to potrwać około miesiąca. Klub wsłuchał się w nasze prośby i załatwił nam najlepsze miejsce noclegowe w Rzeszowie, w hotelu o tej samej nazwie. Tam mieliśmy przebywać do czasu otrzymania mieszkania.

Hotel był położony centralnie i często mieliśmy okazję poznawać i odkrywać te inne Kresy. Na pierwszy, a nawet i drugi rzut oka, Rzeszów nie różnił się wiele od Białegostoku, może poza nazwami niektórych ulic. Często chodziliśmy do sklepu... rybnego. Rzeszów w tamtych czasach nie miał dostępu do morza (dzisiaj też nie ma), ale miał to, czego nie było w Białymstoku – tuńczyka w oleju słonecznikowym w puszce. Tak jak wiele rzeczy w Polsce z w końcu lat 70., tuńczyk był produktem deficytowym i trzeba było go „upolować”, to znaczy trafić na dostawę albo załatwić. Po kilku wizytach w sklepie rybnym położonego blisko dworca PKP awansowałem do rangi stałego klienta.

Kilka spacerów wystarczyło, żeby zmierzyć miasto wzdłuż i wszerz. Białystok sprawiał wrażenie większego miasta i miał przede wszystkim o 100 tysięcy więcej mieszkańców. W jednym temacie Rzeszów był zdecydowanie lepszy od Białegostoku – posiadał prawdziwy port lotniczy. To powodowało, że człowiek czuł się bliżej Polski i świata. W rodzinnym mieście też mieliśmy lotnisko, a w zasadzie pole dla dwóch szybowców i jakiegoś powojennego dwupłatowca. Kierownik Poleski miał rację, Rzeszów to były Kresy, ale inne.

Po przyjeździe do Rzeszowa włączyłem się do przygotowań drużyny do nowego sezonu. Tuż przed naszym przyjazdem zespół wrócił z obozu przygotowawczego w Ustrzykach Dolnych. To już drugi raz Ustrzyki Dolne śmignęły mi koło nosa, raz w Jagiellonii i raz w Resovii. Może to był znak, żeby na siłę nie się pchać w tamte strony?

Drużyna Resovii składała się, jak każda inna drużyna piłkarska I lub II ligi w Polsce, z chłopców i mężczyzn zatrudnionych na etatach w różnych zakładach pracy i firmach. W „pracy zawodowej” osiągnąłem awans. Ze ślusarza w Białostockim Zakładzie Budowlanym „Instal” awansowałem na inspektora w Rzeszowskim Zakładzie Budowlanym „Transbud”. Panie w administracji nie mogły się nadziwić, że taki młody człowiek, a już inspektor. Nie chciałem wyjaśniać, że będę głównie przeprowadzał inspekcję w szykach obronnych przeciwników głównie w soboty lub w niedziele. No i co dwa tygodnie odwiedzał panie administratorki w celu odebrania „ciężko” zarobionej pensji.

Dopiero na miejscu dowiedziałem się, że CWKS Resovia to Cywilno-Wojskowy Klub Sportowy. Moja ignorancja mogłaby być ukarana. Drugim wyrazem w nazwie klubu nie musiałem się przejmować. Połączenie klubu z wojskiem było jedynie historyczne, a poza tym miałem dokument wykluczający mój aktywny udział w zasilaniu szeregów Wojska Polskiego.

Nowi koledzy przyjęli mnie serdecznie, co nie znaczy, że były buziaczki i atmosfera typu alleluja. Wśród nich był zawodnik mający na swoim koncie grę w drużynach I ligowych, a nawet w reprezentacji, Marian Szarama. W drużynie panowała przyjazna atmosfera. Koledzy byli mili. To była inna atmosfera niż ta, z którą zmierzyłem się, kiedy przechodziłem z Włókniarza do Jagiellonii. Nie było haseł pod tytułem „przed starszego nie wychodź.” Wszyscy pracowali na takich samych warunkach, niezależnie od wieku czy doświadczenia. Mimo że dla większości zawodników trenerem był kolega z boiska, Rysiek Latawiec, nie oznaczało to taryfy ulgowej dla nikogo. Trener miał duży atut w ręku, sam prowadził zabawy biegowe, to znaczy nadawał tempo. Zabawa biegowa w wykonaniu Ryśka Latawca było określeniem mocno niedoszacowanym. Za takie wprowadzanie w błąd dzisiaj można by nawet pójść do pierdla. Trener Latawiec musiał mieć turbo płuca. Nawet młodzi zawodnicy po takich zabawach nierzadko czuli w gardle smak krwi.

Jak to bywa w grupach ludzi, nie wszyscy kochali wszystkich, ale nie było to pokazywane w tak ostentacyjny sposób, jak w Jagiellonii. Starałem się być jak Szwajcaria czy Szwecja – neutralny. Czas miał pokazać, czy to był właściwy wybór.

Trenowałem z Resovią, ale w dalszym ciągu nie miałem zezwolenia na grę. Pan Poleski zapewniał, że sprawy się ułożą. Musiałem jedynie uzbroić się w cierpliwość.

Przyszedł czas na inauguracyjny mecz w sezonie 1978/79 w końcu lipca, a ja w dalszym ciągu uzbrajałem się w cierpliwość. Byłem sfrustrowany. Resovia zapewniała, że robiła wszystko, co było w jej mocy. Zastanawiałem się, czy moc Resovii była słaba, czy opór Jagiellonii zbyt duży. Jagiellonia dotrzymała słowa – utrudniała i przeciągała sprawę mojego transferu aż do końca września, co w praktyce oznaczało moją absencję w ośmiu kolejnych meczach ligowych. To był absurd! Tu Jagiellonia przebiła Włókniarza, który torpedował moje przejście przez trzy kolejki.

W Resovii zadebiutowałem 1 października 1978 roku, w meczu wyjazdowym z Górnikiem Zabrze. W naszych barwach zadebiutował też Marian Kozerski, były reprezentant Polski z początku lat siedemdziesiątych. Tworzyliśmy razem parę napastników. Może lepiej wyglądalibyśmy jako para w jeździe figurowej na lodzie, bo w tym meczu niewiele ujeździliśmy i zwojowaliśmy. Z drugiej strony za przeciwnika mieliśmy Jerzego Gorgonia, brązowego medalistę Mistrzostw Świata w Niemczech z 1974 roku i wielkoluda w jednej osobie. Bramka strzelona przez Gorgonia z rzutu wolnego w meczu z Haiti wzbudzała respekt. Miałem ją w oczach, kiedy go zobaczyłem na boisku. Specjalnością Gorgonia były wślizgi. W telewizji wyglądało, że to mogło boleć, najczęściej przeciwnika.

Ja, ze wzrostem 170 cm, a Maniuś 130 z kapeluszem, nie wystraszyliśmy wielkoluda. Nie wiem, czy Gorgoń grał w szachy, ale z łatwością zaszachował nas dwóch – w pojedynkę. Na Gorgonia trzeba potrzeba było coś więcej niż dwóch liliputów. Taktyka trenera Latawca mająca na celu objechania nieruchliwego Gorgonia spełzła na niczym. Maniuś na dodatek miał okazję zapoznać się z bieżnią stadionu po jednym ze wślizgów wielkoluda z Zabrza. Musiało boleć. Przegraliśmy 2:0, ale zaliczyłem debiut. Pomyślałem, że teraz mogło być tylko lepiej.

Debiut w Resovii zbiegł się z moim debiutem studenta pierwszego roku na wydziale prawa administracyjnego na Uniwersytecie Warszawskim w Białymstoku. Otwarcie roku akademickiego było też 1 października. Wybrałem debiut w Zabrzu. Teraz musiałem się przygotować na opuszczanie treningów i meczów w weekendy co dwa tygodnie. Nie był to zbyt optymalny wariant dla żadnej z zainteresowanych stron. W zasadzie byłem zatrudniony dzięki graniu w piłkę, czyli to było źródło mojego utrzymania. Później dochodziły premie za wygrane lub zremisowane mecze. Co dwa tygodnie nie mogłem na nie liczyć, bo w tym czasie byłbym na wykładach w Białymstoku. Na szczęście, że czas podróży można było skrócić lecąc samolotem do Warszawy. Resovia była w pełni świadoma, że zostałem przyjęty na studia w Białymstoku i że zamierzałem je kontynuować.

W Białymstoku rozliczano się ze spadkiem Jagiellonii. Zorganizowano konferencję z udziałem kibiców. Trener Bielatowicz musiał się tłumaczyć z wyników zespołu i odpowiadać na niewygodne pytania kibiców. Jedno z nich dotyczyło także i mnie.

„Pytanie: Co się dzieje z Kąpą i Bielakiem?

Odpowiedź: (Stanisław Zwoleński dyr. Klubu) Kąpa miał w maju ubiegłego roku ciężką kontuzję, którą leczy do dzisiaj. Dwaj lekarze: Garlicki i Ptak wydali orzeczenie, że nieprędko wyjdzie na boisko. Jednak bez wiedzy klubu w międzyczasie wyjechał on z Białegostoku w nieznanym nam kierunku. Sprawa z nim nie jest wyjaśniona. Będziemy dochodzić wypłaconego ekwiwalentu. Bielak natomiast odszedł do Resovii Rzeszów. Otrzymał tam lepsze warunki, a przy tym załatwiono mu studia.

Głos z sali: Przecież Bielak studiuje zaocznie w Białymstoku.

Grzegorz Bielatowicz: Bielakowi nikt nie pomagał w dostaniu się na studia. Chłopak zdał pomyślnie egzaminy.”

Zacząłem studia. Pojechałem na lotnisko w Jasionce na samolot do Warszawy. Mój dziewiczy lot samolotem pozostawił po sobie niezatarte wrażenie. Samolot LOT-u, Antonow An-24, był małą maszyną produkcji naszych wschodnich sąsiadów. Dostałem miejsce na samym końcu samolotu. Był komplet. Tuż po starcie jak na komendę, większość pasażerów wyciągnęła papierosy i zaczęła wdychać i wydychać dym. Ja, człowiek niepalący od wieków, „upajałem się” dymkiem z papierosów i zapachami ropy napędowej wnikającej do środka samolotu. Taka kombinacja w połączeniu z turbulencją w powietrzu była gwarantem mdłości i ostatecznie wymiotów. Doświadczałem tego za każdym razem, jak leciałem tej wielkości samolotem. Brałem tabletki, starałem się nie jeść przed lotem i to trochę pomagało. Pomyślałem sobie, że jak tak miało być przez następne cztery lata, to byłbym prawnikiem ze specjalizacją od Antonowów, a konkretnie jak przeżyć lot z najmniejszym uszczerbkiem na zdrowiu.

W meczach ligowych grałem sporadycznie. Trener Latawiec nigdy mi jednak nie powiedział, że powinienem zdecydować się – albo praca (piłka) albo studia. Nie musiał. Nie byłem na tyle nierozgarnięty, żeby nie zrozumieć intencji trenera i wczuć się w jego rolę. Też wahałbym się z korzystania z usług zawodnika, na którego nie mogłem liczyć w ważnych spotkaniach.

Grając jedynie w dwóch meczach rundy jesiennej zdobyłem pierwszą bramkę w barwach Resovii w wygranym na własnym boisku meczu ze Stalą Stalowa Wola. Tydzień później zadebiutował w drużynie Rysiek Nalepa z Wisłoki Dębica. Grał na pomocy. Miał stópkę rozmiaru kobiecego 38, ale za to bardzo dobre uderzenie z dystansu. Rysiek zasłynął z wypowiadania różnego rodzaju werdyktów, nierzadko zasięgniętych na podwórkach lub jarmarkach. Kiedy jeden z kolegów miał problemy z żoną, Rysio starał się go pocieszać: nie martw się, żona to nie rodzina. Jak ktoś potrzebował rady z wysokiej półki to zawsze mógł jej szukać w skarbnicy wiedzy – u Rysia.

Przewidywany miesięczny pobyt w Hotelu Rzeszów zamienił się w trzy. W końcu października 1978 dostaliśmy utęsknione mieszkanie. Znajdowało się na dziesiątym piętrze jedenastopiętrowego bloku na ulicy Broniewskiego, na Osiedlu XX-lecia na Baranówce. Według protokołu zdawczo-odbiorczego miał mieć dwa pokoje i ogólną powierzchnią użytkową 39,20 metrów kwadratowych. W skład mieszkania oprócz pokoi wchodziły także kuchnia, przedpokój, hol, łazienka, klozet, spiżarnia, piwnica, balkon, taras i loggia. Nieźle, że na tak małą powierzchnię można było wcisnąć tyle różnych pomieszczeń. Myśl architektoniczna była z pewnością dziełem naszych wschodnich sąsiadów, którzy wdrażali swoje rozwiązania w grupie krajów RWPG. Rzeszów nie był wyjątkiem. Co by to nie było, to było własne, a konkretnie spółdzielcze. Nareszcie mogliśmy zacząć budować życie na własnych śmieciach.

 

 

RWPG, Maluszek i więcej nas...

Marysia zajęła się urządzaniem mieszkania. Pomyślałem sobie, że taki mały metraż przyjdzie nam urządzić z prędkością światła. Nie w PRL-u. Na wszystko były zapisy i kolejki. Chyba że... No właśnie, trzeba było mieć znajomości. Nie dotyczyło to jedynie piłkarzy, ale to my mieliśmy trochę więcej wolnego czasu i byliśmy też po części ulepieni z innej gliny. Zawsze znalazł się ktoś, kto interesował się piłką i przy odrobinie chęci mógł coś załatwić bez kolejki. Najeździliśmy się po sklepach, żeby kupić coś do spania, co mogłoby się zmieścić w pokoiku o gabarytach lekko przyciasnych – 8 metrów kwadratowych. Kupiliśmy składany tapczan. Po jego rozłożeniu przedostanie się z jednego krańca pokoju na drugi był możliwy z pomocą helikoptera. Nie było sensu narzekać, ponieważ zawsze znaleźli się tacy, którzy mieli trochę trudniej. Resovia musiała mieć chody w tej spółdzielni mieszkaniowej, bo w naszym bloku mieszkali także inni sportowcy grający dla Resovii. Byli siatkarze i koszykarze. Zaprzyjaźniliśmy się z parą koszykarską – Wysockimi. Mieli mieszkanie o identycznych wymiarach, jak nasze. Przy dwóch metrach wzrostu poruszanie się po takim mieszkaniu wymagało planowania i ostrożności. W małym pokoiku Krzysiek Wysocki nie mógł się położyć wszerz, bo nie zmieściłby się. Wniosek – inni mieli gorzej. W bloku mieszkali też dygnitarze Resovii jak prezes sekcji piłki nożnej - Jerzy Trześniowski i kierownik sekcji piłki nożnej - Marian Gierlak. Marian, facet około czterdziestki, mieszkał wraz ze swoją młodą żoną... za ścianą. Żona Krysia, miała może 25 lat i pochodziła z Kresów-Kresów, z okolic Ustrzyk Dolnych w bieszczadzkiej głuszy. Krysia, jak to dziewczyna z prowincji, była przygotowana do praktycznego życia. Jej domeną była kuchnia i przede wszystkim robienie pierogów. Robiła ich tony. Nierzadko też nas częstowała. Były pyszne. Potrafiła też przeobrazić swojego starszego siwego mężulka w takiego samego, tyle że o innym kolorze włosów. Krysia malowała panu kierownikowi Gierlakowi włosy na czarno. Intensywnie czarny kolor zdradzał jego nienaturalność w stosunku do wieku delikwenta. Kierownik Gierlak zapewne uznał, że się nie godziło paradować z siwymi włosami mając taką młodą żonę. Otoczenie, w tym sąsiedzi i my, dokooptowaliśmy do grona, które nazywało go „farbowany”.

W lutym 1979 roku na zaproszenie II ligowej Eleny Weczwoj pojechaliśmy z Resovią na obóz przygotowawczy do Bułgarii. Byliśmy zakwaterowani w ośrodku przygotowań olimpijskich w Złotych Piaskach. Z pewnością były one złote, ale nie zimą. W dalszym ciągu wiało chłodnym wiatrem od morza. W każdym razie był to egzotyczny kierunek w porównaniu z Ostrołęką czy Szczyżycem za czasów Jagiellonii. Wyjazd spowodował, że na studiach musiałem opuścić jedną sesję. Tego typu wyjazdy do krajów RWPG, poza wymianą sportowych doświadczeń, przyczyniały się także do rozwoju czarnego rynku, w obu krajach. Podział rynkowy był uwarunkowany sprawnością poszczególnych rządów. Wydawało się, że rządy były kopią naszych wschodnich przyjaciół ze Związku Radzieckiego. Rządy może tak, ale nie rynek. Każdy kraj zawsze miał czegoś niedobór. W Polsce przykładowo niedobór kożuchów był wkrótce uregulowany, poprzez liczne wyjazdy rodaków do Rumunii, Bułgarii lub Jugosławii. My też korzystaliśmy przy okazji takiego wyjazdu i na potęgę kupowaliśmy kożuchy. Jeśli zabrakło pieniędzy to w grę wkraczała wymiana towarów. Z Polski zabieraliśmy ze sobą sprzęt elektroniczny i wódkę. Wydawałoby się, że wódki nie powinno brakować nigdzie, bo jej produkcja była prosta i tania. Jednak południowcy uważali, że polska wódka była najlepsza. Nie wiem, może łatwiej asymilowała się z szarymi komórkami i szybciej pozwalała zapomnieć o trudnościach i marazmie codziennego życia. Podróż autobusem, najczęściej marki Autosan, był ciekawym zjawiskiem. Na kontroli granicznej, kiedy celnicy wchodzili do autobusu, spotykał ich widok panów i młodzieńców ubranych w kożuchy. Wyglądaliśmy jest zbójnicy z bandy Janosika. Szczególnie dotyczyło to kapitana drużyny Ignacego Lewandowskiego i prawego obrońcy Adama Sochackiego. Obaj mieli dorodne wąsy. Ignacy miał, poza tym spojrzenie, które wskazywałoby, że to właśnie on był szefem bandy.

To, co było widać gołym okiem to była tylko nadwyżka. Reszta była spakowana w walizkach, paczkach i innych zakamarkach autobusu. Prawdziwi zbójnicy dzielili się łupem z ludem, a my dzieliliśmy się z rodziną, a nadwyżkę sprzedawaliśmy. Wyekwipowałem Marysię i wyglądała jak zbójnicka lalunia. Kierownik Gierlak był chyba jednym z niewielu, który się nie zajmował tym procederem. Jego lalunia dostała góralskie kożuchy w posagu.

Podczas kiedy w Rzeszowie, jeszcze zalegał śnieg, w Bułgarii mogliśmy trenować i grać mecze na murawie. Nie do końca jeszcze zielonej, ale murawie. Rozegraliśmy cztery mecze z drużynami z Warny i okolic. Dwa zremisowaliśmy, a dwa wygraliśmy. W dwóch zwyciężyliśmy wysoko, bo 7:1 i 5:2. To zwiastowało, że w przygotowaniach byliśmy na dobrej drodze. Bułgarskie drużyny w tamtym okresie uchodziły za dobrej klasy przeciwników.

Po przyjeździe z obozu Resovia wywiązała się z kolejnej obietnicy, pomocy w załatwieniu samochodu. Oczekiwania na samochód dla normalnego śmiertelnika trwały od trzech do pięciu lat. W naszym wypadku, dzięki pomocy klubu, ten termin został skrócony do pół roku. Ani Maria, ani ja nie mieliśmy prawa jazdy. Moje zainteresowanie motoryzacją w tamtym okresie było w powijakach. Wytypowaliśmy Marię jako pierwszą do zrobienia prawa jazdy. Maria, dziewczyna nie w ciemię bita, zrealizowała powierzone jej zadanie za pierwszym podejściem, zarówno teoretycznie, jak i praktycznie. Prawo jazdy dostała tuż po Świętach Bożego Narodzenia w grudniu 1978 roku. Była gotowa do odebrania auta. Był to nie byle jaki samochód, król polskich dróg Fiat 126p, zwany Maluszkiem. Do wyboru były dwa kolory: sraczkowato-żółty i wiśniowy. Bez zastanowienia wybraliśmy ten drugi. Maria pokazała, że potrafiła panować nad maszyną. Pomyślałem, że prowadzenie takiego pojazdu to była niezbyt skomplikowana sprawa. Nauczyć się to jedna rzecz, ale zdać teorię i praktykę za pierwszym podejściem to druga. Czy czułem presję? Nie wtedy. Poczułem ją dopiero, kiedy świeżo upieczony kierowca Maria, wybrała się ze mną na teren treningowy za miastem, z zamiarem umożliwienia mi poprowadzenia samochodu.

– Włącz jedynkę, puść sprzęgło jednocześnie dodając gazu.

Silnik zawył jak odrzutowiec, a my staliśmy w miejscu.

– Puść sprzęgło.

Puściłem. Silnik przestał wyć, zabulgotał kilka razy skacząc kilka metrów i zgasł.

– Czy czegoś nie rozumiemy? – zapytała Maria.

– Nie, wszystko jasne – odburknąłem.

– No to próbujemy jeszcze raz.

Spróbowałem.

– Ty mi rozwalisz samochód – krzyknęła Maria.

Pomyślałem, że samochód był zapisany na mnie, ale to ja nie miałem prawa jazdy. Przemilczałem.

Za którymś razem udało mi się uruchomić samochód i ruszyć. Pojechaliśmy. Co za ulga!

– Teraz zmień bieg.

– A co, może na jedynce nie można?

– Jedynka jest tylko do ruszania pojazdu. Zmień bieg.

– A nie, mnie się dobrze prowadzi na jedynce.

– Zmień bieg, bo mi rozwalisz samochód.

Chciałem zmienić bieg. Skrzynia biegów prosiła o litość.

– Wciśnij sprzęgło!

– Nie stresuj mnie!

– Ja cię stresuję? Kiszki mi niedługo wyjdą na wierzch, jak patrzę na to, co robisz.

Wyłączyłem zziajanego Maluszka. Wysiadłem i oddaliłem się na kilka metrów. Było mi gorąco i drżały mi ręce. Pomyślałem, że jak tak ma wyglądać moja nauka jazdy, to ktoś z nas się wykończy. W najlepszym wypadku Maluszek.

Rundę wiosenną rozpoczęliśmy 16 marca, wygranym 3:2 meczem z Polonią Warszawa. Rozegraliśmy go w Przybyszówce. Nasze boisko nie nadawało się do gry. Było zalane wodą i zamieniło się w bagnisty teren. W kolejnym meczu przegraliśmy z Rakowem Częstochowa, ale odbiliśmy sobie w meczu z Concordią Piotrków Trybunalski wygrywając 5:0. Beze mnie. Byłem na wykładach w Białymstoku.

Na studiach wytrzymałem trochę dłużej niż jeden semestr. Zrobiliśmy z Marią rodzinną naradę i przedyskutowaliśmy sytuację. Zdecydowaliśmy, że z czegoś będę musiał zrezygnować. Ze względów praktycznych wybór padł na studia. Miałem się rozglądać się za innymi opcjami na miejscu w Rzeszowie. Maria nie była przyzwyczajona do bycia bezrobotną żoną i postanowiła pójść na policealne studia ekonomiczne w Rzeszowie.

W przegranym 1:0 wyjazdowym meczu z Błękitnymi Kielce, przypomniałem sobie o swoich korzeniach. Siedziałem na ławce rezerwowych. W drugiej połowie doszło do zderzenia naszego zawodnika, Janka Potasiewicza, z zawodnikiem Błękitnych. Potasiewicz, zawodnik o małej, ale korpulentnej i stabilnej posturze, wstał i poszedł dalej. Zawodnika z Kielc trzeba było znieść z boiska na noszach. Z trybun padły jasne w przekazie orzeczenia: mordercy! Później, żeby uściślić wyrok, publiczność siedząca po jednej stronie trybun skandowała – mordercy, a druga – z Ukrainy. Nie bardzo się z tym zgadzałem i chciałem podnieść do góry dwa paluszki i oficjalnie ogłosić, że mnie to nie dotyczy, ponieważ pochodzę z Białegostoku i jestem czystej krwi „śledzikiem”. Dobrze, że tego nie zrobiłem. W kierunku naszej ławki rezerwowych posypały się kamienie. Sędzia przerwał na chwilę mecz. Kamieniobicie ustało. Do szatni, a później do autobusu wchodziliśmy pod eskortą porządkowych i milicji.

W tygodniu po powrocie z Kielc, między 8 a 14 kwietnia, Marysia poinformowała mnie, że ma już dość życia we dwójkę. Byłem zdziwiony, bo uważałem, że żyło się nam zupełnie fajnie. Byliśmy sami, z dala od rodziny, zdani na siebie, nie nocowaliśmy pod namiotem. Zapytałem, czy miała na myśli jakieś normalne, czy bardziej ekstrawaganckie rozwiązanie problemu.

– Będziesz ojcem, wariacie.

Nie było to pewnie zbyt ekscytujące dla nienarodzonego dziecka usłyszeć, że jego przyszły ojciec jest wariatem. Pomijając tę kwestię – byłem szczęśliwy. Tego uczucia nie dało się opisać. Oczy wypełniły mi się łzami, z radości. Chłopaki jednak nie płaczą. Nasze życie było na dobrej drodze do wkroczenia w inną galaktykę. W tym nowym kosmosie było jedynie miejsce na dwie gwiazdeczki, Marię i dziecko, w kolejności na razie dowolnej.

Wiadomość rodem z innej galaktyki chciałem uczcić kosmicznie dobrą grą, pod warunkiem, że trener mnie wystawi. Ogłosiłem w drużynie, że będę ojcem. Były gratulacje, a także i ostrzeżenie od Rysia Nalepy.

– Jędrek, teraz jeszcze bardziej musisz pamiętać, że żona to nie rodzina.

W meczu z Siarką Tarnobrzeg na własnym boisku zagrałem od początku. Odwdzięczyłem się trenerowi za zaufanie, strzelając dwie bramki. Wygraliśmy 4:0. Maria była na meczu. Po każdej strzelonej bramce spoglądałem w jej kierunku. Była piękniejsza niż zwykle.

Mimo ostrzeżeń Ryśka Nalepy postanowiłem współpracować z żoną. Wprawdzie ciąża to nie choroba, lecz stan błogosławiony, ale trzeba było pomyśleć o praktycznych rzeczach. Z samego błogosławieństwa rzeczy potrzebne dla nowego członka rodziny same się nie kupią. Do rozwiązania zostało jeszcze kilka dobrych miesięcy. Termin porodu był przewidywany na okres Świąt Bożego Narodzenia.

Kupiliśmy książkę o kobietach i dla kobiet w ciąży. Dobry początek. Jednak samo przygotowanie teoretyczne to za mało. Na szczęście wielu kolegów piłkarzy miało żony i dzieci. Z takim bagażem doświadczeń można było tylko iść i rodzić. Marysia po przeprowadzonych wywiadach społecznych na temat ciąży i macierzyństwa, wiedziała dokładnie, co ją czekało. Nie powiem, że to wszystko mogłem sobie wyobrazić.

– Andrzejku, nie wiem, czy damy radę.

– Z czym?

– Z ciążą i tym wszystkim.

– Z tym pierwszym to nie mogę wziąć ciężaru gry na siebie, ale z resztą, jak najbardziej, pomogę.

– A co będzie, jak będziesz wyjeżdżał na obozy piłkarskie? Kto się nami zajmie? Przecież tutaj nie mamy nikogo.

– Jakoś to się ułoży.

Tym „jakoś” nie przekonałem nawet sam siebie. Wolałem na razie o tym nie myśleć. Do etapu myślenia o wózku, łóżeczku i ubranek, pozostało jeszcze kilka kontrolnych wizyt u lekarza.

Sezon piłkarski toczył się dalej, niezależnie od tego, że Bielakowie oczekiwali potomka. Graliśmy dobrze. Trener uwierzył, że będę pomocny drużynie. Wiedział też, że porzuciłem studia w Białymstoku i byłem do dyspozycji drużyny na każdą chwilę. Zaczął stawiać na mnie. W wygranym 2:0 meczu z GKS Tychy strzeliłem kolejną bramkę.

 

 

9 maja przyszedł prawdziwy sprawdzian naszych umiejętności – mecz z liderem, Górnikiem Zabrze przed własną publicznością. Przeciwnicy byli poza zasięgiem w tabeli i prowadzili 12 punktami nad drugą drużyną. Przeogromna przewaga przy systemie dwóch punktów za wygrany mecz. Miałem nadzieję, że będę się mógł zrewanżować Jurkowi Gorgoniowi i w końcu go objechać... chociaż raz. Trener Latawiec nie dawał za wygraną i do ataku znowu wystawił parę Pigmejów, czyli Mańka Kozerskiego i mnie. Zadanie było to samo: objeżdżać nieruchliwych obrońców Górnika.

Pierwsze rozczarowanie. Ku naszemu zdziwieniu w liniach obronnych zabrzan nie zobaczyliśmy Gorgonia. Za niego na środku obrony zagrał... inny reprezentant kraju – Wieczorek. Pomyślałem, zamienił stryjek siekierkę na kijek.

Mając w pamięci pierwsze przegrane spotkanie w Zabrzu zaczęliśmy mecz ostrożnie i z respektem dla utytułowanego rywala. W miarę upływu czasu pozwalaliśmy sobie na więcej i w pierwszej połowie byliśmy bliżsi zdobycia bramki. W drugiej odsłonie spotkania ruszyliśmy do ataku. Kozerski, według zaleceń trenera, objechał środkowych obrońców Górnika i w sytuacji sam na sam z bramkarzem strzelił... za słabo. Bramkarz odbił piłkę na bok, ale po dobitce Saszy Siekieryna był bezradny. Wynik, 1:0 dla Resovii.

Trener Latawiec idąc za ciosem rzucił na boisko świeże posiłki. Moje miejsce zajął ciekawy typ zawodnika, wysoki gość z kręconymi włosami – Zbyszek Maćkowiak. Graliśmy przeciwko sobie w pucharze Polski. Zbyszek był wtedy w BKS Bielsko-Biała, a ja w Jagiellonii. Strzeliłem wtedy gola, ale to on był górą. BKS wygrał 3:1 i przeszedł dalej w rozgrywkach pucharowych. Zbyszek miał styl biegania, który musiał się nauczyć często oglądając wyścigi konne w Wielkiej Pardubickiej. Styl biegania Zbyszka był zabawą dla nas wszystkich, łącznie z przeciwnikami. Podnosił kolana tak wysoko, że sprawiał wrażenie, że za chwilę wzniesie się w powietrze. Styl był na tyle nieprzewidywalny, że przeciwnicy często nie potrafi znaleźć recepty na Zbyszka.

Niewiele minut później Kozerski skończył swoje objeżdżanie obrońców przeciwnika i zastąpił go Jurek Bogdanowicz. Jurek podwyższył naszą średnią wzrostu w ataku. Z ataku liliputów zrobił się atak wieżowców. Jurek był rosły, szybki i miał nosa do ustawienia się w odpowiednim miejscu przed bramką przeciwnika. Teraz oni nękali linię obrony Górnika. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się naszym zwycięstwem 1:0, Sasza Siekieryn postanowił przepytać bramkarza Górnika, z obrony bramki po długim rogu. Bramkarz nie zdał egzaminu. 2:0 i zwycięstwo nad liderem II ligi. To dało nam awans na czwarte miejsce w tabeli, ze stratą tylko jednego punktu do drugiego.

Trzy wygrane mecze z rzędu pozwoliły nam realnie myśleć o 2 miejscu. Wygrana w następnym meczu z Motorem Lublin pozwoliłaby nam awansować w tabeli. Tak się nie stało. Przegraliśmy 0:2.
 


Ławka rezerwowych, drugi od lewej dr Eugeniusz Dąbrowski, przez wiele lat zapewniał "Pasiakom" opiekę medyczną, foto: archiwum autora

W końcu maja wyrównałem rachunki z Marią – byłem szczęśliwym posiadaczem prawa jazdy. Określenie szczęśliwy dotyczył oczywiście mojego stanu duchowego, a nie stylu zdania egzaminów teoretycznych i praktycznych. Oba zdałem, podobnie jak Maria, za pierwszym podejściem. Nic tego jednak nie zapowiadało. Po początkowych cierpieniach związanych z pomocą Marii w uświadomieniu mnie, że się nie jeździ na jedynce, mój upór zniknął, kiedy szczęśliwie udało mi się włożyć drugi bieg. Nauka jazdy na dwójce trwała znacznie krócej niż jazda na jedynce. Wkrótce operowałem już najwyższym biegiem -czwartym. Ten bieg też protestował, bo wymagał pewnej prędkości. Początkowo płatał mi wielokrotnie figle „podnosząc kolana” jak Zbyszek Maćkowiak i gasł. Polskie drogi stały przede mną otworem, w każdym razie te wokół Rzeszowa.

W ostatnich pięciu meczach zdobyliśmy jedynie 4 punkty, co dało nam 5 miejsce w tabeli ze stratą jednego punktu do trzeciego. Udowodniliśmy, że z drużyną z „ukraińskich” Kresów musieli liczyć się najlepsi. Dla nowej drużyny po sporych perturbacjach zdobyłem cztery bramki, co dawało mi trzecie miejsce na liście króla strzelców w Resovii. Ilość zdobytych bramek nie powalała. Zacząłem wprawdzie grać dopiero w 9 kolejce i przez pół roku grałem sporadycznie ze względu ma moje studia, ale ambicje miałem większe. Najważniejsze było jednak dla mnie stać się przydatnym drużynie. O wolę walki nie musiałem się martwić. Liczyłem po cichu, że przy odrobinie szczęścia, po odpowiednim przygotowaniu i nastawieniu będziemy w nowym sezonie w stanie powalczyć, o miejsce w czołówce. Czas aklimatyzacji w nowej drużynie nie zawsze jest bezproblemowy. Nie byłem wyjątkiem. Tylko gwiazdy potrafiły poradzić sobie z tym w krótszym czasie. Nie byłem gwiazdą i nigdy się za taką nie uważałem. Grałem w solidnej II, ligowej drużynie, z dala od świateł wielkich stadionów i wielkiej publiczności. Trafiłem jednak do zespołu, który wydawał się być monolitem i nawzajem się szanującym. Wkład jednostki w dobro drużyny wydawał się być sprawą nadrzędną, a nie to, kto i ile z kim wypił.

 

Smak północy i Amadeusz

Latem 1979 roku w ramach przygotowań do nowego sezonu piłkarskiego 1979/80 wyjechaliśmy z Resovią na 12-dniowy obóz przygotowawczy do Rumunii. Znowu była okazja zaopatrzyć się w kożuchy. Rynek krajowy w dalszym ciągu był nienasycony.

Drużynę opuściło dwóch Mańków i zarazem najstarszych zawodników i byłych reprezentantów Polski, Szarama i Kozerski. „Ulubieniec” Kielczan, Janek Potasiewicz, wrócił do Karpat Krosno, a Janusz Szarek przeszedł do Śląska Wrocław. Klub zasilili Wiesiek Kucaj, Waldek Kłos i Józek Janicki.

W tym nowym składzie wybraliśmy się na podbój Rumunii. Trenowaliśmy ostro. Pojemność płuc trenera, Ryśka Latawca, w dalszym ciągu była imponująca. Nie dawał nam spokoju i nadawał tempo na zabawach biegowych.

W pierwszym sparringu Rumuni z Glorii Bistrica pokazali nam nie tylko jak się biega, ale przede wszystkim jak się gra w piłkę i dołożyli nam 4:0. Po kilkudniowej aklimatyzacji i mobilizacji poszło nam lepiej w drugim meczu – przegraliśmy z Bihor Oradea 1:2. W ostatnim meczu towarzyskim z Ilfratera Oradea pozbieraliśmy się i pokazaliśmy się z naszej lepszej strony. Nazwa mecz towarzyski w wypadku tego spotkania nie była zbyt trafna. Rumuni nie zwykli przegrywać i pokazali prawdziwe oblicze rumuńskiego futbolu – brutalną grę. Po naszym prowadzeniu 2:0 doszli do wniosku, że nadszedł czas na sianokosy i kosili trawę ze wszystkim, co wystawało ponad nią, łącznie z nogami przeciwników. Miejscowy sędzia musiał zaniedbać kontakty z okulistą i pozwolił swoim rodakom na przejście z sianokosów na oranie boiska. Cudownym sposobem odzyskiwał wzrok w momentach, kiedy staraliśmy twardo stać na nogach i pokazywać rywalom, że się nie ugniemy. Mecz zakończył naszym zwycięstwem 3:0. Wydawało się, że jeszcze kilka dni obozu pozwoliłoby nam doszczętnie złamać kod do rumuńskiego futbolu.

Widok sportowców w autobusie ubranych w środku lata w kożuchy musiał ponownie zrobić na rumuńskich celnikach, a potem i na polskich, niezatarte wrażenie.

Niestety sytuacja gospodarcza w kraju pogarszała się z dnia na dzień. Cukier był od dawna reglamentowany i zaczęło też brakować i innych artykułów. Mięso i wędliny były, ale ich ceny rosły prawie z dnia na dzień. Musieliśmy uruchamiać sieć kontaktów, żeby kupić brakujących artykułów.

Po powrocie do Rzeszowa mieliśmy jeszcze jedno zgrupowanie. Rozegraliśmy mecze z Moto Jelcz Oława, 3:2 dla nas oraz zagraliśmy w turnieju w Stalowej Woli. Na otwarcie turnieju przegraliśmy ze Stalą 0:1, potem zremisowaliśmy Glorią Bistrica 1:1 i wygraliśmy z czeską drużyną Chemlon Humenne 3:0. Dało to nam w sumie drugie miejsce w turnieju za Stalą.

Do nowego sezonu czułem się być dobrze przygotowany. Z Ryśkiem Latawcem, mogło brakować nam wiele rzeczy, ale nie pary. Rezultaty w meczach sparringowych nie pozwalały na hurra optymizm, ale też nie były powodem do marszczenia czoła.

Premierowy mecz w nowym sezonie z Rakowem Częstochowa rozegraliśmy przed własną publicznością. Nasze boisko jak zwykle było „niezawodne”, a precyzyjniej określając porządnie nawodnione.

Po gwałtownych ulewach, które od kilku dni nękają rejon Rzeszowa, płyta boiska została zalana dosłownie taflą wody i mimo wysiłków ze strony służb porządkowych jej stan pozostawiał bardzo dużo do życzenia. Jednak gra była emocjonująca od samego początku.”

Te emocje musiały pewnie dotyczyć jedynie kibiców Rakowa i w najlepszym wypadku bezstronnych obserwatorów. Nam nie było do śmiechu, kiedy po 7 minutach przegrywaliśmy na własnym boisku 0:2. Byliśmy jednak drużyną z charakterem i chcieliśmy za wszelką cenę odrobić straty.

„Dość powiedzieć, że po niespełna 10 minutach goście zdobyli prowadzenie 2:0, co stawiało Resovię w niezwykle ciężkiej sytuacji. Przyjęła ona wyzwanie losu i atakując non stop bramkę Boguckiego jeszcze przed przerwą odrobiła straty. Największą zasługę mieli w tym dwaj napastnicy: Maćkowiak i Bielak.

„Najpierw ambitnie walczący Bielak wykorzystał sytuację zmniejszając rezultat na 1:2, w chwilę później szybki i bojowy Maćkowiak oddał efektowny strzał główką, a wypuszczoną przez bramkarza piłkę skierował do siatki leżąc już na ziemi.”

Zbyszek był pierwszoplanową postacią tego meczu. Przeciwnicy do końca spotkania nie potrafili rozgryźć ortodoksyjnego stylu biegania i poruszania się Zbyszka. To pomogło mu w 80 minucie meczu strzelić zwycięską bramkę. Odetchnęliśmy. Zaliczyliśmy dobry początek sezonu. W ataku liliputa Kozerskiego zastąpił wieżowiec Maćkowiak. Należało mieć tylko nadzieję, że konstelacja liliput i wieżowiec będzie zbawienną koncepcją na dalszą część sezonu.

Następny mecz, 12 sierpnia na wyjeździe z Ursusem Warszawa, miał zweryfikować naszą formę. Przeciwnicy należeli do czołowych drużyn II ligi i byli zdecydowanymi faworytami. W przeciwieństwie do naszego boiska murawa Ursusa była twarda, ale o niebo lepsza od naszej.

„Bardzo emocjonujący przebieg miał mecz mocno odmłodzonych zespołów Ursusa i Resovii. Dzięki pełnej polotu i odważnej postawie młodych, do tej pory szerzej nieznanych piłkarzy, kibice zobaczyli nader interesujące widowisko.”

Pierwsza połowa meczu zdecydowanie należała do nas. Graliśmy jak z nut. Obawy o niepewną formę nie sprawdziły się. Nasi pomocnicy, Wita, Nalepa, Janicki i Siekieryn, opanowali środek pola i gdyby nie postawa bramkarza gospodarzy, moglibyśmy prowadzić paroma bramkami.

W 19 minucie wykorzystałem niezdecydowanie wśród obrońców Ursusa. Odebrałem piłkę jednemu z obrońców i pewnie strzeliłem gola. Kilka minut później sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy. Heniek Chruściński wyczuł intencje strzelca i odbił piłkę. Inny zawodnik Ursusa wskoczył w pole karne i umieścił ją w siatce obok bezradnego Heńka. Chruściński posłał soczystą wiązankę do zawodników z pola, że nie potrafili wybić piłki po karnym. Nietrudno było się z nim nie zgodzić. W 29 minucie znowu objęliśmy prowadzenie po mojej bramce strzelonej głową. Król rzeszowskich Pigmejów pokazał, że nie trzeba było mieć odpowiednich warunków fizycznych, żeby strzelać bramki głową. Do przerwy prowadziliśmy 1:2. Po przerwie nieco się cofnęliśmy i to wystarczyło, żeby Ursus przejął inicjatywę. Przeciwnicy zdołali strzelić dwie bramki i wygrać mecz.
 


Do meczu na stadionie Resovii wychodzą kolejno: Henryk Chruściński,
Ignacy Lewandowski oraz Andrzej Bielak, foto: archiwum autora

„Doskonale spisywał się w Resovii pozyskany z Jagiellonii Bielak. Ten młody napastnik wykazał spory instynkt strzelecki, a jego druga bramka (głowa do tyłu) była godna spotkań ekstraklasy.”

„Mimo przegranej zespół Resovii pozostawił po sobie dobre wrażenie.”

Prawda była taka, że woleliśmy zostawić po sobie bardzo złe wrażenie, może nawet beznadziejne i wygrać mecz. Nikt nie był rozliczany za pozostawianie dobrego wrażenia. Zero punktów oznaczało także brak premii za wygrany lub zremisowany mecz i zero kasy. Jednocześnie pierwsza połowa meczu z Ursusem dawała nam poczucie, że potrafiliśmy grać w piłkę i sprawiać kłopoty drużynom z czołówki.

Następne mecze udowodniły, że dobrymi chęciami i wrażeniami piekło jest wybrukowane. Przegraliśmy nieznacznie kolejne trzy kolejne mecze ligowe, z Gwardią Warszawa, z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin. Były to wprawdzie drużyny z czołówki i walczące o awans do I ligi, ale brak punktów był brakiem punktów. Graliśmy nieźle i pozostawialiśmy dobre wrażenie. W jeździe figurowej na lodzie moglibyśmy liczyć na dobre oceny, ale graliśmy w piłkę i tu strzelenie większej ilości bramek od przeciwnika była wymiernikiem sukcesu albo fiaska. Ze strzelaniem bramek mieliśmy ogromny problem. W trzech meczach strzeliliśmy tylko jedną bramkę i to na dodatek przez naszego środkowego obrońcę, Ignacego Lewandowskiego. Moja dobra dyspozycja strzelecka została w... Ursusie. Przeżywaliśmy kryzys. W meczu u siebie z Radomiakiem doświadczyliśmy tego także werbalnie. Naszymi największymi fanami i zarówno krytykami była grupka starszych panów. Mieli w zwyczaju okupować miejsca w najwyższych ławkach na głównej trybunie. Tam też w swoim zwyczaju częstowali się podczas meczów trunkami o podwyższonej mocy. Moc przerobowa tej grupki, zwanej Warchołami, musiała być na poziomie górników, hutników czy murarzy, wykonujących 500% normy. Kiedy szło nam gorzej, źle lub beznadziejnie, cierpliwość Warchołów była nieprzewidywalna i chimeryczna. Wtedy skandowali: do ro-bo-ty, do ro-bo-ty. Nie chodziło im bynajmniej o to, żeby nas zmobilizować do lepszej roboty na boisku. Po prostu domagali się, abyśmy zamiast grać w piłkę, poszli do normalnej roboty, tak jak oni, czy każdy inny normalny obywatel kraju. Wtedy wiedzieliśmy, że już zamiataliśmy tyłkami po dnie jeziora Bajkał. Musieliśmy zacząć wygrywać.

W tygodniu przed meczem wyjazdowym z Hutnikiem Kraków spadła bomba. Zaczęła z nami trenować legenda polskiej piłki, bohater z Wembley, posiadacz Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta – Janek Domarski. Powrócił z Francji, gdzie w latach 1976-78 reprezentował Nimes Olimpique. Dla reprezentacji Polski strzelił wprawdzie „tylko” dwie bramki, ale bramką na Wembley wstrzelił się na wieki w annały historii polskiej piłki nożnej. Remis na Wembley był oczywiście rezultatem heroicznej walki całej drużyny, a w szczególności Janka Tomaszewskiego między słupkami.

W obliczu kłopotów Resovii ze zdobywaniem bramek wiązano z Jankiem duże nadzieje. Miał wprawdzie 33 lata, ale jego doświadczenie reprezentacyjne mogło drużynie pomóc. Pomyślałem, że grając u boku takiej gwiazdy i przede wszystkim możliwość podpatrywania go i uczenia się od niego mogła się okazać nieoceniona.

Janek zadebiutował 16 września z Hutnikiem Kraków i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęliśmy wygrywać. Przeciwnicy chyba za bardzo byli olśnieni sławą Janka i zapomnieli o Saszce Siekierynie, który zdobył jedyną bramkę w meczu. Upragnione zwycięstwo stało się faktem.

Z pomocą Domarskiego znów zaczęliśmy wygrywać. Janek obsługiwał nas, Zbyszka i mnie, w należyty sposób. Często brał na siebie ciężar gry, tym samym robiąc nam więcej miejsca. Do końca rundy jesiennej Zbyszek i ja strzeliliśmy jeszcze po trzy bramki. Moje przypadły na mecze z Cracovią Kraków, dwie i Starem Starachowice. Rundę jesienną zakończyliśmy na piątym miejscu.

 

 

W końcu listopada Maria wyglądała jak bogini już o mocno zaokrąglonych kształtach. Długi warkocz podkreślał jej młodzieńczość. Zbliżał się czas rozwiązania. Na zaproszenie mamy, miałem pojechać na tydzień w odwiedziny do Szwecji i wrócić przed narodzinami dziecka. Na wszelki wypadek postanowiliśmy zostawić Marię pod opieką jej rodziców w Białymstoku. Amadeusz mógł spłatać figla i przyjść na świat przed wyznaczonym terminem w okresie Świąt Bożego Narodzenia, a już konkretniej na Wigilię.

Dlaczego Amadeusz? Takie było po prostu nasze, niepoparte powszechną wiedzą medyczną, przeczucie. Lekarze nie zdradzali wówczas płci dziecka z prostej przyczyny, bo nie wiedzieli i nie potrafili tego odszyfrować. Dzisiaj jest to oczywiste, ustalenie płci dziecka za pomocą aparatury USG, w 1979 roku było w powijakach. Trudno było oczekiwać, że wszelkie nowostki z dziedziny medycyny, najpierw trafiały do przychodni osiedlowej na Baranówce z Rzeszowie. Musieliśmy sobie radzić sami. Sięgaliśmy więc po wiekowe doświadczenia mądrego ludu rodem z Konopielki, z księgi o żywieniowych zachciankach. Jak kobieta miała apetyt na słodycze wskazywało to, że będzie dziewczynka. Z kolei upodobanie do pikantnych i słonych produktów spożywczych niemal gwarantowało, że urodzi się dziecko płci męskiej. Proste, jak konstrukcja druta. Nie w naszym przypadku. Maria miała chęć na jedno i na drugie. W takich sytuacjach konopielkowa medycyna też miała odpowiedź. Wówczas zachodziło duże prawdopodobieństwo, że się urodzą bliźniaki, chłopiec i dziewczynka. Nie ma jak to mądrość ludu, poratuje w każdej sytuacji. My postawiliśmy na chłopaka. Jednak biorąc pod uwagę transformację Marii z filigranowej dziewczynki w okrąglutką grecką boginię o pokaźnych wymiarach zaproponowałem, aby na wszelki wypadek przygotować też i imię żeńskie. Padło na Amanda, czyli ta, godna miłości.

Parę miesięcy wcześniej mama przysłała mi zaproszenie. Otrzymanie zaproszenia nie było równoznaczne z dostaniem pozwolenia na wyjazd. Paszport, który wyrabiałem na wyjazd do Bułgarii czy Rumunii, trzeba było zdać na milicję. Nie było więc ryzyka, że mógł się gdzieś zapodziać w domu. Wyjazd do krajów RWPG to jedna rzecz, a wyjazd do Szwecji, na tereny wrogów socjalizmu to druga. W tym drugim przypadku procedury były skrupulatniejsze i daleko mniej pewne, jeśli chodziło o końcowy rezultat, to znaczy otrzymania zezwolenia na wyjazd. Wizyty w milicyjnym biurze paszportowym, nie należały do spotkań o charakterze pogawędek przy kawce lub herbatce w kawiarence za rogiem. Czasami pytań ze strony funkcjonariusza milicji było więcej niż odpowiedzi. Przy ich braku lub niedostatecznie zadowalających odpowiedzi organy paszportowe umawiały następną wizytę z nadzieją, że dostaną właściwe odpowiedzi. Każda taka wizyta wprawiała człowieka w stan totalnej niepewności. Jej końcowy wynik był loterią. Najgorsze było jednak poczucie własnej niższości i bezsilności.

– No tak obywatelu, w wojsku się nie było?

– Chciałem pójść, ale komisja wojskowa orzekła inaczej.

– No tak, ale w piłkę to gramy.

– Zgadza się. W CWKS Resovia Rzeszów. To cywilno-wojskowy klub – próbowałem być dowcipny.

Oficer milicji wyjął z szuflady biurka paszport. Poprzewracał w nim kilka kartek, spoglądając na mnie, by za chwilę z powrotem włożyć go do szuflady. Nie wiem, czy to był mój paszport, ale też nie przypuszczałem, że to mógł być paszport jakiegoś Ziutka Wołynia z Boguchwały. W końcu to ze mną rozmawiał i ja miałem odebrać paszport. Jedno było pewne, panowie w niebieskich mundurach z nieograniczoną władzą nad innym człowiekiem, nie pracowali na akord.

– Słuchajcie obywatelu Bielak, dostaniecie paszport. Tylko żeby wam do głowy nie przyszło zostać w tej Szwecji. Ciężarna żona pewnie by się zmartwiła.

Nie przypominałem sobie, żeby wydający paszporty był przy tym jak Maria zaszła w ciążę. Ile władza musiała wiedzieć na nasz temat? Na samą myśl o tym przechodziły mnie ciarki.

Zostawiłem Marysię w Białymstoku i poleciałem samolotem do Szwecji. Ma się rozumieć, że nie z Białegostoku. Stamtąd mogłem jedynie polecieć szybowcem.  Rejs z Warszawy do Sztokholmu nie był obsługiwany przez Antonowa. Ulga. Leciałem innym arcydziełem radzieckiej produkcji – Tupolewem Tu-134. W porównaniu z Antonowem, to był luksus.

Pierwsze dni w Szwecji były dla mnie sporym szokiem. Niby niedaleko do Polski, a jednocześnie tak daleko od nas pod każdym względem. Przepych w sklepach kontrastował z naszą polską rzeczywistością. Było kolorowo i dobrobyt było widać na każdym kroku. Serce się człowiekowi krajało widząc, że tuż za wodą ludzie żyli w innym świecie. Było mi żal, że Maria nie mogła być ze mną.

Mąż mojej mamy, Hans, wierny kibic jednego z lokalnych zespołów piłkarskich, powiedział mi, że kierownictwo Västerås Sportklubb chciałoby ze mną porozmawiać. Zgodziłem się i pojechałem na rozmowę. Po powitalnych kurtuazyjnych gestach, czyli użalaniu się i przepraszaniu za szwedzką grudniową pogodą powiedzieli wprost, że chcieliby mnie widzieć w swoim klubie. Zdziwiłem się. Nie bardzo rozumiałem, jak można było kogoś chcieć, skoro tego kogoś nie widziało się nawet na boisku. Szwedzi uchodzili w Polsce za ogólnie naiwny naród. Zresztą, każdy inny naród w Polsce uchodził za dziwny i naiwny. W naszym kraju o Szwedach krążyła maksyma: pod kant to Szweda, bo Polak się nie da. Nic bardziej mylnego. Wytłumaczyli mi, że owszem, widzieli mnie w akcji i to, co pokazałem na boisku w zupełności im wystarczyło. Okazało się, że wysłali do Polski swoich szpiegów, piłkarskich oczywiście, na ostatni mecz Resovii w rundzie jesiennej ze Starem Starachowice. Strzeliłem wtedy zwycięską bramkę. Było to 18 listopada. Starachowice w listopadzie musiały wywrzeć na nich niezatarte wrażenie. Mogli wprawdzie wybrać inne bardziej atrakcyjne miasto w Polsce, ale to nie ja sponsorowałem ich przyjazd. O ich przyjeździe nie miałem zielonego pojęcia. Zapytali też, czy nie miałbym ochotę potrenować z ich drużyną. Właśnie mieli luźniejszy okres treningów w hali. Stwierdziłem, że to będzie trudne, bo nie miałem ze sobą sprzętu. To była najmniejsza przeszkoda. Wyekwipowali mnie od stóp do głów i powiedzieli, że sprzęt mogę sobie zatrzymać.

Poszedłem na trening. Trenowali wieczorem, po pracy. Była to drużyna amatorska, jak i cała szwedzka piłka nożna w tamtych latach. Aż dziw brał, że Polacy mieli problemy ze Szwecją w Mistrzostwach Świata w Niemczech i wymęczyli zwycięstwo 1:0, dzięki bramce Lato. Nasi piłkarze też byli „amatorami”, ale zatrudnionymi na fikcyjnych etatach.

Trening odbywał się w hali sportowej na piaskowo-żwirowym podłożu i normalnej wielkości bramkami. Boisko nie było jednak pełnowymiarowe. Była to dla mnie nowość. W Polsce nie było tego typu obiektów. Poznałem trenerów i zawodników. Wzrostem nie mogłem zaimponować nikomu i byłem jednym z najniższych zawodników wśród na ogół rosłych Szwedów. Pasowałem do nich jedynie bladą karnacją skóry i kolorem włosów blond. Zawsze coś. W drużynie był tylko jeden zawodnik o ciemniejszym kolorze skóry, bynajmniej nie z powodu nadmiernego opalania się. Na tym etapie nie starałem się nawet zapamiętywać ich imion. W pamięci utkwiły mi jedynie przydomki trenerów – „Liston” i „Bobben”. Drużyna akurat spadła z I ligi, ale miała ambicję jak najszybciej do niej powrócić.

Byłem w okresie roztrenowania, ale na treningu pokazałem to, czego mnie nauczono w Polsce: nieustępliwości, ambicji, determinacji, techniki i uderzenia piłki. Domyślam się, że musiałem zrobić na Szwedach wrażenie, bo po moich akcjach co chwila wykrzykiwali nazwiska polskich piłkarzy. Najczęściej utożsamiali mnie z Szarmachem i Lato. Porównanie do Lato było definitywnie chybione – nie byłem królem strzelców ani też łysy. Porównanie do Szarmacha bardziej mi się podobało. Znali też Deynę i przede wszystkim Tomaszewskiego. Przeklinali go za obronę rzutu karnego w meczu z Polską.

Na do widzenia, powiedziałem kierownictwu VSK, że owszem moglibyśmy dyskutować na temat mojej ewentualnej gry w ich klubie, ale ostrzegłem, że transfer ma minimalne szanse na powodzenie. Największym powodem tego była istniejąca w Polsce reguła, że sportowcy mogli wyjeżdżać za granicę nie wcześniej niż po 28 roku życia, a ja miałem dopiero 22 lata. Na tym etapie nie dyskutowaliśmy nawet warunków ewentualnego transferu. Ustaliliśmy, że skontaktują się z PZPN-en, żeby się zorientować, czy w ogóle będą możliwości na pomyślne załatwienie sprawy.

Po powrocie do Polski zabrałem Marysię z powrotem z Białegostoku do Rzeszowa. Amadeusz trzymał się terminu i nie było mu spieszno, by poznać ojca wariata. A komu by się chciało? Było zimno, szaro-biało i ogólnie deprymująco dookoła. Wsadziłem ich do Maluszka i po zaśnieżonych i oblodzonych polskich drogach dojechaliśmy na swoje śmieci na Baranówkę.

Termin rozwiązania upłynął, a Amadeusz zakotwiczył się w łonie mamusi. Minął Nowy Rok i byliśmy już w nowej dekadzie. Za poradą lekarki Maria miała zgłosić się na porodówkę najpóźniej w poniedziałek 7 stycznia. Tak też zrobiła. Ówczesna polska medycyna nie zezwalała mężom, kochankom czy też prawdopodobnym ojcom w uczestniczeniu w narodzinach dziecka. Medycyna stała po stronie ochrony kobiet. Nie było potrzeby, żeby po sali porodowej pałętali się cywile. I tak byliby tylko potencjalnym zagrożeniem. Wielu z nich trzeba byłoby cucić. Czekałem więc cierpliwie na schodach do porodówki. Poczekalnia była już pełna. Nic się nie wydarzyło. Na noc pojechałem do domu, bo i tak wszystkich wyganiano ze szpitala. W nocy kobiety przecież nie rodziły. Takie były czasy, na dobre i na złe.

Rano 8 stycznia pojechałem do szpitala sprawdzić, czy było już po wszystkim. Głupi zamiar, przecież kobiety nocą nie rodziły. Zapukałem do malutkiego okienka w wielkich drzwiach. Po chwili wychyliła się pani ubrana na biało. Wyglądała na zestresowaną.

– O co chodzi? – zapytała.

– Czy pani Maria Bielak już urodziła? – powiedziałem nieśmiało.

– Nie wiem, a skąd mom wiedzieć?

– A może się pani dowiedzieć?

– Mogę. Czy ktoś jeszcze chce się czegoś dowiedzieć? Żebym dwa razy nie łaziła.

Cisza.

– Czeka tutaj – powiedziała na pożegnanie i zamknęła okienko.

No to on usiadł na schodach i czekał, i czekał. W międzyczasie rozłożył sobie „Przegląd Sportowy” i czytał. Po dobrej chwili ktoś zawołał z okienka.

– To chyba do pana – szturchnął mnie mężczyzna stojący obok.

Podbiegłem do okienka kurczowo trzymając gazetę w ręku.

– Ja tam rodzę, a ty tu sobie gazetę czytasz! Nie wstyd ci?

– Czy już po wszystkim?

– A ty myślisz, że to tak przyjechał, napiął się i urodził?

– No nie.… jak się czujesz?

– Na razie dobrze, ale jak słyszę, jak te baby się drą to już sama nie wiem...

– Czy czegoś ci potrzeba?

– Soczek by się przydał. Kochanie, możesz mi go przywieźć?

Po rozmowie z Marią cieszyłem się, że nie byłem kobietą. Krzyki, płacz, stękanie i inne odgłosy dochodzące z porodówki zrobiły swoje. Poczułem też ulgę, że dzięki polskim przepisom nie musiałem być na tej sali porodowej. Armagedon.

– Może pan następnym razem poczyta „Przyjaciółkę”. To żonie z pewnością się spodoba – zaproponował zadowolony z siebie jeden z „braci broni”.

Spojrzałem na niego, uśmiechnąłem się i pojechałem po soczek. Taki prawdziwy, wyciskany z owoców. Kiedy przyjechałem dowiedziałem się, że soczek nie będzie na razie potrzebny. Sprawa była w toku. „Przyjaciółki” nie kupiłem.  

– Jak taki mądry, to niech sam sobie czyta babską gazetę – pomyślałem. Byłem lekko podekscytowany i podenerwowany. Znowu zacząłem czytać tą samą gazetę. Nie wiedziałem, co czytałem, mimo że „Przegląd Sportowy” nie należał do szczytów intelektualnej lektury.

Gdzieś około drugiej po południu małe okienko w wielkich drzwiach się uchyliło.

– Bielak!

– To ja.

– Bedzie miał córkie. Zdrowo.

– A żona? Jak się czuję?

– A jak ma się czuć zaraz po porodzie? Młoda dziewko, ale silno.

W taki oto „sentymentalny” sposób dowiedziałem się o narodzinach naszej córki. Teraz pozostało nam ją tylko wychować i po sprawie. Sprawa dopiero się jednak zaczęła, kiedy po trzech dniach odbierałem dziewczyny z porodówki, moje ma się rozumieć. Oboje byliśmy w nowej sytuacji. Macierzyństwo i ojcostwo każdy przeżywa na swój sposób. Każdy sposób jest dobry poza tymi, które nie są... dobre.

Zobaczyłem Marię w recepcji szpitala inną niż przed porodem. Była szczuplejsza. Tego by jeszcze brakowało, żeby kobiety bezpośrednio po porodzie były jeszcze grubsze. Wtedy żadna nie chciałaby rodzić. Z jej twarzy emanowała niesłychana dostojność i poczucie godności osobistej. Kurczowo trzymała w ramionach Amandę. Przez chwilę potrzebowała pomocy i już chciała przekazać mi becik z noworodkiem, ale w ostatniej chwili zrezygnowała z zamysłu.

Ty nie umiesz zajmować się dziećmi.

– Ależ Marysiu. Mogę przynajmniej ją zobaczyć?

Odsłoniła czapeczkę dziecka i ujrzałem... niemowlę, pierwszy raz w życiu, na żywo. Było moje. No, w 50 procentach. Maria nie była zbyt odkrywcza twierdząc, że nie umiałem zajmować się dziećmi. Przysposobienie obronne miałem w małym paluszku, ale przysposobienie do życia, to już nie. Pozostawały nam książki i nauka na błędach. Tyle, że dziecko to nie zabawka, a błędy z powodu braku wiedzy mogłyby okazać się kosztowne. Żeby sobie ułatwić ten inicjalny proces, zaprosiliśmy do Rzeszowa mamę Marii, żeby nas trochę douczyła. W końcu wypielęgnowała i wychowała trójkę dzieci. Przyjechała na tydzień. Pokazała to i owo, i po tygodniu zostaliśmy znowu sami, ale z notatkami, które skrzętnie robiliśmy.

Notatki notatkami, ale dziecko trzeba było ochrzcić. Młodzi rodzice byli wierzący i praktykujący, więc trudno było oczekiwać innej decyzji. Pomyślałem, że jak dziecko będzie chciało, ale to już później, będzie mogło sobie wyrobić książeczkę partyjną, buddyjską albo jakąkolwiek inną. Uznaliśmy, że przynależność do wspólnoty chrześcijańskiej i na dodatek katolickiej nie powinna nikomu zaszkodzić. Poszliśmy we trójkę do parafii małego kościółka na Baranówce. Tu napotkaliśmy na pewien opór ze strony duchownego. Oznajmiliśmy, że córka będzie się nazywać Amanda Maria. Duchowny skrzywił się, zmarszczył czoło i oznajmił:

– To drugie imię jak najbardziej, ale Amanda? To takie jakieś nie do końca chrześcijańskie.

Odparliśmy, że to imię było już znane w starożytnym Rzymie i oznacza „godna miłości”. Poza tym pochodzi od imienia Amand. Daliśmy też do zrozumienia, że nie przyszliśmy na pogawędkę o charakterze teologicznym.

– Jeśli pochodzi od imienia Amand, to jak najbardziej. Mieliśmy takiego świętego. Jak dobrze pójdzie, to może też i ona będzie święta.

– Wszystko po kolei. Bez chrztu nie będzie nawet miała takiej szansy – posumowała Maria.

Pierwsza przeszkoda pokonana. Dziecko ochrzciliśmy jako Amanda Maria.
Odmienianie imienia swojego dziecka przez przypadki
, u siebie w domu, to jedna rzecz, a uzyskanie możliwości czynienia tego oficjalnie w urzędach, to druga. Pojechałem do urzędu miejskiego zarejestrować imię córki. Zapukałem do drzwi i nieśmiało je uchyliłem. W pokoju siedziała pani w średnio starszym wieku. Piła kawkę i paliła papieroska. Urzędniczka oznajmiła, że teraz akurat ma przerwę na kawę i że ją dopiero zaczęła. Zapytałem, ile potrwa. Kilka dobrych minut. Z autopsji wiedziałem, że to krócej niż krótko. Dobra. Poczekałem.

Na korytarzu na wszelki wypadek trenowałem odmienianie imię dziecka przez przypadki. Siedziałem i tak sobie bąkałem pod nosem przez dobrą chwilę. Wszystkie odmiany przypadków mi się skończyły. Postanowiłem ponownie zapukać.

– Czy już można?

Urzędniczka skinęła głową siorbiąc resztki kawy.

– Dowodzik. Imię.

– Czyje?

– Chyba, że nie moje. Dziecka.

– Chcemy, żeby się nazywała Amanda Maria.

Nieco starsza pani spojrzała na mnie zdziwionymi oczami, a potem wyciągnęła leżący w szufladzie kajecik i przeglądnęła go.

– Nie ma takiego imienia.

– No chyba jest, skoro ją tak nazywamy. Poza tym jest tak ochrzczona – odparłem jednocześnie podając dowód chrztu.

– A u mnie nie ma.

– A może będzie.

– Dostawy nie są przewidziane – odparła zadowolona z siebie urzędniczka.

– To co, mam się zapisać w kolejkę, czy załatwimy sprawę po znajomości?

– A my się znamy?

– Tak, od kilku minut.

Na ustach urzędniczki pojawił się nieśmiały uśmiech. Otworzyła dużą księgę i zaczęła coś wypełniać.

– Może pan się szczycić, że to będzie pierwsze takie imię zarejestrowane w Rzeszowie.

– To szczycimy się razem. W takim razie to był też pani pierwszy raz...

- ciąg dalszy nastąpi -

tekst: Andrzej Bielak
korekta: Maria Tomkiewicz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

| ... do artykuły  |

 
© 2006 | resoviacy.pl  serwis informacyjny CWKS Resovia Rzeszów | design by