|
Było
w Rzeszowie trzech piłkarzy, którzy rozpoczynali kariery przed wojną, a w
pierwszych powojennych latach trafili do kadry narodowej i występowali w
reprezentacji Polski. Byli nimi: Stanisław Baran, Tadeusz Hogendorf i Marian
Łącz.
Był też jeden, który w tym samym okresie wypłynął na szersze wody, awansował do
reprezentacji juniorów, ale nie rozwinął talentu na miarę swoich starszych
kolegów. Mowa o Marianie Barańskim, bramkarzu Resovii, który w latach 1947-49
błysnął formą i zapowiadał się na zawodnika dużego formatu. Jak to się stało, że
nie został następcą Albańskiego albo Jurowicza czy Rybickiego - zapytaliśmy Pana
Mariana podczas jego niedawnej wizyty w rodzinnym mieście.
- To zwykła kolej losu, która przytrafia się wielu piłkarzom. Złapałem
kontuzję, której gruntowne wyleczenie nie było w tamtych latach tak proste jak
dziś.
- Jednak zanim opuścił Pan miejsce między słupkami bramki, rozegrał Pan wiele
znakomitych meczów.
- Oczywiście. Najbardziej pamiętam te z 1947 roku. Najpierw świetnie spisałem
się w wygranym przez Resovię 2-1 spotkaniu ze słynną drużyną czeską Nusle, która
wcześniej pokonała Wartę, mistrza Polski, w Poznaniu. Po tym meczu Czesi
oświadczyli, że chętnie widzieliby mnie w swoich szeregach. Później z
powodzeniem broniłem bramki Rzeszowa w meczu z reprezentacją Polski, w której
grali tej miary napastnicy jak Anioła, Kohut, Gracz i Wiśniewski. Moja postawa
spodobała się selekcjonerom PZPN, zwłaszcza trenerowi Wacławowi Kucharowi. W
wywiadzie, którego udzielił on katowickiemu "Sportowi" powiedział m.in.:
"Trenując z ramienia PZPN drużyny rzeszowskie, znalazłem bramkarza, który według
mnie będzie rewelacją. Nazwiska jego i przynależności klubowej na razie nie
zdradzam, ale przypuszczam, że już w przyszłym roku powinny go poznać boiska
całej Polski". Domyślałem się, że myślał o mnie, bo wkrótce po tej jego
wypowiedzi otrzymałem powołanie do kadry narodowej juniorów. Wystąpiłem kilka
razy w reprezentacji, ale kiedy kończyłem wiek juniorski i wybierałem się na
studia, dała o sobie znać uszkodzona łękotka.
- Jednak wykurował się Pan, skoro po rozpoczęciu studiów na WSWF we Wrocławiu
zaczął występować w barwach drugoligowego Pafawagu.
- Istotnie wyleczyłem kontuzję i przez kilka lat broniłem bramki
wrocławskiego klubu. Jednak nie osiągnąłem klasy, która gwarantowałaby awans do
kadry narodowej seniorów. Ukończyłem studia i jako mgr wychowania fizycznego
rozpocząłem pracę w studium Akademii Medycznej we Wrocławiu. Bliski kontakt z
uczelnią zachęcił mnie do podjęcia na niej studiów. Ukończyłem je w 1960 r., aby
jako pediatra otrzymać zatrudnienie w Poliklinice MSW. Tam doskonaliłem swoje
kwalifikacje i w 1973 r. uzyskałem tytuł doktora nauk medycznych.
- Czy zmiana zainteresowań oderwała Pana od sportu?
- Niezupełnie. W tzw. międzyczasie prowadziłem zajęcia z piłkarską młodzieżą,
towarzyszyłem żonie Gizeli - która była akademicką mistrzynią Polski w pływaniu
- w jej pracy szkoleniowej oraz zajmowałem się wychowywaniem własnych pociech,
córki i syna.
- Czy któreś z dzieci poszło w ślady ojca?
- Niestety, nie przejawiały zainteresowania sportem wyczynowym. Za to syn córki,
a mój wnuk Marcel Gromadowski przejął po mnie tego bakcyla. Jestem z niego
ogromnie dumny, bo mając 19 lat osiągnął sukcesy, które przeszły moje i jego
rodziców oczekiwania. W 2002 r. został wicemistrzem Europy kadetów, a rok
później mistrzem świata juniorów w siatkówce. Dziś z powodzeniem broni barw
pierwszoligowego Mostostalu Kędzierzyn-Koźle o czym mogli się niedawno przekonać
rzeszowianie podczas meczów jego zespołu z Resovią. Ponieważ ten młody chłopak
ma świetne predyspozycje do roli atakującego, posiada odpowiednie warunki
fizyczne, a ponadto dobry charakter i zapał do solidnej pracy treningowej,
wierzę, że zrobi wielką siatkarską karierę.
|