|
-
Jakie wrażenia po pierwszych zajęciach?
- Drużyna grała mecz, a ja obserwowałem
i notowałem. Zapisałem trzy kartki, a to oznacza, że czeka mnie wiele
pracy. Zawodnicy mają złe nawyki. Element gry bez piłki leży. Czterech
obrońców asekuruje jednego napastnika - to jakieś nieporozumienie. W
zespole musi być większa wymienność pozycji i funkcji.
Przecież w dzisiejszym futbolu boczny
obrońca jest niemalże napastnikiem, a ci chłopcy nie wychodzili poza
własną połowę. Nie zauważyłem ani jednego prostopadłego podania.
Reasumując - po pierwszym treningu mam mieszane uczucia, ale też zdaję
sobie sprawę, iż mogę się mylić w ocenie.
- Co pan powie o murawie?
- To boisko trzeba oszczędzać. Mam
nadzieję, że znajdziemy coś poza Rzeszowem i tam będziemy trenować. Gdy
pracowałem w ŁKS, mieliśmy podobną sytuację, więc trzy razy w tygodniu
wyjeżdżaliśmy do Gutowa Małego.
- Wkroczył pan na wyjątkowo niestabilny grunt. W ciągu ostatnich 5
lat Resovię prowadziło sześciu trenerów. Pan jest siódmym, już trzecim w
tym sezonie...
- Cóż, ryzyka ani utraty pracy się nie
boję, bo nie żyję z piłki. Jestem właścicielem ośrodka sportowego w
Bielsku-Białej - hala, hotel, restauracje. Naprawdę mam co robić. A
pracę w Resovii traktuję jak wyzwanie. Chcę grać o najwyższe cele.
- Podpisał pan umowę do końca czerwca 2011 roku, ale szefowie klubu
zachowali możliwość wcześniejszego rozwiązania kontraktu. Ni mniej, ni
więcej - musi pan zacząć punktować od najbliższego meczu.
- Po zakończeniu rundy zobaczymy, czy
coś wyjdzie z naszych ambitnych planów. Kibice i działacze muszą jednak
wiedzieć, że awans to wypadkowa pracy wielu ludzi w klubie. Potrzeba też
cierpliwości. Znam to z autopsji - w Podbeskidziu, gdzie pracowałem
przez 4,5 roku, wspinaliśmy się szczebel po szczeblu. Zakładam
oczywiście, że Resovia posiada określone możliwości organizacyjno -
finansowe.
- Słyszał pan o kłopotach trenera Miroslava Čopjaka z kibicami?
- Słyszałem i powiem tak: nie jestem
autokratą. Jeśli będę oczekiwał czegoś, to przedstawię argumenty,
dlaczego ma być tak, a nie inaczej. Kibice są niezbędni. Oczekuję, że
będą naszym dwunastym zawodnikiem. Ale oni też muszą zrozumieć, iż mamy
młodą drużynę. Zbyt poważnie przemeblowaną.
- Czech podpadł, bo nawet w meczach u siebie wolał bronić, niż
atakować. Jakie pan ma spojrzenie na futbol?
- Nie chcę się szufladkować. Jestem
zwolennikiem otwartej gry, ale też kładę duży nacisk na boiskową
dyscyplinę. Tak czy owak, Resovia na własnym terenie nie powinna się bać
żadnego przeciwnika.
- Trener Čopjak po każdym meczu musiał się meldować u działaczy.
Składał raport i tłumaczył się z posunięć kadrowych. Pan też ma taki
zapis w kontrakcie?
- Nie mam. Ale jeśli zajdzie taka
konieczność, chętnie odpowiem na każde pytanie. Najpierw muszę jednak
poznać zespół.
- Największy sukces w trenerskiej karierze Wojciecha Boreckiego to?
- Praca w ekstraklasie. Dostać się na
szczyt, gdy nie było się wielkim piłkarzem, to spory wyczyn. Jeszcze z
Podbeskidzia – regionu bez większych futbolowych tradycji. Dumny jestem
i z tego, że odkryłem kilka talentów. Sebastiana Olszara, Darka Kłusa,
Tomka Moskałę, Adriana Sikorę, Irka Jelenia. Nigdy nie bałem się stawiać
na młodzież.
- Z Jeleniem miał pan przeboje.
- Trafił do "mojego" Podbeskidzia z
Beskidu Skoczów. Właśnie awansowaliśmy do II ligi i na obozie w Czechach
przygotowywaliśmy się do sezonu. Irek w sparingach ładował gola za
golem, aż zainteresowała się nim bogata Wisła Płock. Zresztą nie tylko
ona. Z całej Polski dzwonili do mnie trenerzy, pytając co to za
fantastyczny chłopak? Odpowiadałem: "taki tam. Za mrówę robił, przez
most chodził z piwem w plecaku". Irek podpisał już kontrakt z
Podbeskidziem, ale zaczął rozpaczać, powtarzał, że Wisła to jego życiowa
szansa. Poszedłem mu na rękę. Na jego oczach podarłem umowę, narażając
się na gniew przełożonych. Oni myśleli, że w tym transferze mam swój
udział!
|