|
-
Nie boi się Pan?
- Nie. 21 lat temu, zaraz po ukończeniu studiów, zacząłem pracować jako
szkoleniowiec IV-ligowej drużyny AZS Akademii Rolniczej Rzeszów, więc
jakieś doświadczenie posiadam. Wierzę w swój warsztat i mam nadzieję, że
w takim klubie jak Resovia będę mógł się zająć sprawami wyłącznie
stricte sportowymi. Warto w tym miejscu przypomnieć, że AZS AR złożony
był ze studentów-amatorów, którzy grali w piłkę za darmo. Ale radzili
sobie bardzo przyzwoicie, wszak ówczesna czwarta liga to m.in. rezerwy
I-ligowej Stali Mielec, Stali Rzeszów, Siarka Tarnobrzeg czy Stal
Gorzyce.
- Pytam Pana o obawy, gdyż przez ostatnie lata prowadził Pan zespoły
niższych klas, w których apetyty na sukces są nieporównywalnie mniejsze,
niż w Resovii. Tutaj kibice nie mówią o niczym innym, jak o awansie do
III ligi.
- Jeśli będziemy solidnie pracować, wszyscy pociągniemy wózek w jedną
stronę - będzie dobrze. Chociaż niczego nie jestem w stanie obiecać, bo
piłka nożna, chyba jak żadna inna dyscyplina sportu, uczy pokory i
człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkich sytuacji.
- Pracę w Resovii potraktuje Pan chyba jako życiową szansę?
- Nie ukrywam, że zrobiło mi się przyjemnie na duszy, kiedy otrzymałem
od działaczy propozycję. Wszak na rynku trenerów jest duża konkurencja i
kilka głośnych nazwisk było "do wzięcia". Ale to nie jest tak, że
prowadziłem tylko drużyny niższych klas, gdyż nie dostawałem ofert z
mocniejszych klubów. Był czas, kiedy działacze i sędziowie skutecznie
"wyleczyli" mnie z tej większej piłki. Miałem głowę pełną pomysłów,
byłem tuż po studiach, ambitny i szlachetny. Pamiętam wyjazdowy mecz AZS
AR z Orłem Rudnik. Do przerwy prowadziliśmy 1-0, lecz arbiter nie
podyktował dla nas dwóch ewidentnych karnych. Po zmianie stron
gospodarze strzelili gola ze spalonego, mój bramkarz otrzymał czerwoną
kartkę i w efekcie przegraliśmy 1-2. Byłem zły, bo miałem świadomość, że
nic na to nie mogę poradzić. A moi zawodnicy płakali w szatni.
- Zraził się Pan do futbolu.
- Pomyślałem: po co się w to bawić, skoro przy tak ogromnym
zaangażowaniu, tak niewiele ode mnie zależy. I postawiłem na pracę na
uczelni.
- Działacze Resovii powiedzieli Panu, że interesuje ich wyłącznie
pierwsze miejsce w tabeli?
- W sumie nie. Dali jednak do zrozumienia, iż chodzi o to, by zespół
grał...o coś. Czyli, jak mniemam, o najwyższe cele.
- Co Pan wie o czwartej lidze?
- Wystarczająco dużo, żeby się nie pogubić. Przecież mieszkam w
Rzeszowie i chodzę na mecze, czytam gazety, rozmawiam z kolegami po
fachu. W tej lidze trzeba walczyć. Bez maksymalnego zaangażowania nie ma
co marzyć o korzystnym wyniku. Poziom jest bardzo wyrównany, nie ma
zdecydowanych faworytów. Resovia ma duży potencjał, aczkolwiek nie do
końca znam możliwości moich nowych podopiecznych. Proszę pamiętać, że
nie jestem w stanie wprowadzić wielu zmian, gdyż nie przygotowywałem
tego zespołu do sezonu.
- Jest Pan zwolennikiem piłki ofensywnej, czy raczej żelaznej
dyscypliny taktycznej zorientowanej głównie na obronę?
- Jak każdy szkoleniowiec, chciałbym, żeby moja drużyna grała
efektownie, a przy tym i skutecznie. Żeby gra Resovii przyciągała na
stadion kibiców. To ideał, do którego się dąży, ale ciężko go osiągnąć.
Ameryki nie odkryję: podstawą sukcesu jest dobra gra w defensywie. "Zero
w tyłach" - takie będzie nasze hasło przewodnie. Jeśli je zrealizujemy,
pójdzie z górki, bo dzisiejsza Resovia to zespół szalenie groźny w
ofensywie, któremu zdobywanie goli przychodzi łatwiej, niż obrona.
Mogliśmy się o tym przekonać, obserwując mecz z Kolbuszowianką.
- Krzyczy Pan w szatni na swoich piłkarzy czy raczej spokojnie, w
sposób racjonalny stara się im wytłumaczyć, jakie popełnili błędy.
- Dyscyplina w zespole musi być, ale nie zdarzyło się, abym zrugał
piłkarza po meczu. Raczej mu podziękuję za to, że walczył, że się
starał. Nie sztuką jest zawodnika zdołować. Sztuką jest uzmysłowić mu
błąd i znaleźć jego przyczynę.
- Resovia nie jest Panu obca. Dawno temu bronił Pan jej barw.
- Dla mnie Resovia to jak pierwsza miłość: doświadczenie, którego się
nie zapomina. Grałem krótko, przez kilka miesięcy w IV-ligowej drużynie
rezerw. Moim trenerem był Zbigniew Wantusiak, o którym mogę się
wypowiadać wyłącznie w samych superlatywach.
- Po przygodzie z Resovią wyjechał Pan na studia do warszawskiej
Akademii Wychowania Fizycznego. Tam z kolei występował Pan w III-ligowym
AZS AWF.
- Częściej grzałem ławę, ale nie wstydzę się tego, bo ówczesny AZS to
była piekielnie mocna drużyna. Duża część tych zawodników grała później
w ekstraklasie. Byliśmy zresztą o krok od awansu do II ligi, lecz w
decydującym meczu przegraliśmy z Hutnikiem Warszawa, prowadzonym przez
Jerzego Engela. Zresztą, gdyby nie układy - huta to był przecież potężny
zakład i nie mniejsze pieniądze - awansowałby pewnie AZS. Bardzo miło
wspominam lata studiów. I dzisiaj, gdy sam jestem nauczycielem
akademickim, powtarzam swoim uczniom: miałem szczęście mieć
przedwojennych nauczycieli. To oni wpoili mi zasady i kodeks
postępowania. Ale druga strona medalu jest taka, że często nie jestem w
stanie zrozumieć pewnych zachowań. I reaguję natychmiast, ze złością,
gdy ktoś zapomni stroju bądź na zajęcia sportowe przyjdzie w dżinsach.
- Bierze Pan pod uwagę czarny scenariusz: Resovii idzie
bardzo źle i w końcu prezesi tracą cierpliwość, a Pan pracę?
- Z natury jestem optymistą. Do wszystkiego doszedłem w życiu ciężką pracą i mam
nadzieję, że w Resovii będzie podobnie. Ale wiadomo, że zmiana miejsca
zatrudnienia w tym zawodzie następuje częściej, niż w jakimkolwiek innym. Miałem
taką sytuację w Głogowie. Walczyliśmy o czwartą ligę, długo byliśmy na czele
tabeli, ale zespół dostał zadyszki i przegrał dwa mecze. Prezes nie wytrzymał
ciśnienia i podziękował mi za współpracę. Chciałbym, żeby w Resovii dano mi
szansę. Pozwolono przygotować drużynę w zimie, kiedy jest na to trochę czasu.
Wtedy można będzie mnie rozliczać.
|