|
Trener
drugoligowych piłkarzy Resovii dla portalu sportowetempo.pl o
rozbudzonych apetytach, presji, przyjemnym bólu głowy i największym
skarbie – drużynie walczaków.
- Jesienią w klubie o awansie głośno się nie mówiło,
teraz sytuacja się zmieniła. Czy Pana drużyna jest przygotowana na presję ze
strony kibiców, działaczy, mediów?
- Sami jesteśmy sobie winni. Gdybyśmy zajęli gorsze miejsce, mielibyśmy
spokój. A tak na poważnie – do awansu ciągle podchodzę ostrożnie. Oczywiście
podejmiemy wyzwanie, będziemy walczyć w każdym meczu o zwycięstwo, ale musimy
pamiętać, iż runda rewanżowa zawsze jest trudniejsza. Presja? Cóż, my trenerzy
postaramy się zdjąć z zawodników część tego ciężaru, jednak może się zdarzyć, że
nie wszyscy poradzą sobie ze stresem. Tak czy owak, tych chłopaków stać na
zajęcie wysokiej lokaty.
- Szefowie klubu podkreślają, że stworzyli drużynie komfortowe warunki –
dwa obozy, transfery, sparingi na dobrych boiskach. Brak awansu będzie wielkim
rozczarowaniem.
- Wyjazd na dwa obozy to w dzisiejszych czasach standard. Tym bardziej dla
zespołu z czołówki, który posiada aspiracje. Wyobraża pan sobie, że przy takiej
zimie jaką mieliśmy w tym roku, jesteśmy w stanie się przygotować do sezonu na
własnych obiektach? Warto też sobie uświadomić, iż w drugiej lidze wiele klubów
posiada większe budżety i zawodników z przeszłością w ekstraklasie czy pierwszej
lidze. Oczywiście same nazwiska nie grają, ale to pokazuje, że Resovia nie jest
finansowym potentatem, tylko średniakiem. Niewiele osób spodziewało się, że na
półmetku rozgrywek zajmiemy czwarte miejsce, dlatego teraz apeluję o kubeł
zimnej wody na rozgrzane głowy.
- Ma Pan mocną pozycję, ale za niepowodzenie może Pan zapłacić nawet
utratą pracy…
- Nie myślę o tym, bo bym zwariował. Dla mnie najważniejszy jest kontakt z
zespołem. Chemia jest, gra się poprawiła, są wyniki. Mam nadzieję, że wiosną
uczynimy kolejny krok naprzód. O swoją przyszłość się nie martwię. Ludzie w
Rzeszowie poznali mnie, wiedzą, że w dwa miesiące nie stanę się ani lepszy ani
gorszy. W sporcie nic nie dzieje się ot tak, po pstryknięciu palcem. Podstawą
jest podniesienie organizacji klubu, bo tylko na solidnych fundamentach można
budować coś trwałego. Dotyczy to wszystkich klubów.
- Terminarz wydaje się być sprzymierzeńcem Resovii – na własnym boisku
rzadko tracicie punkty, a właśnie tutaj zagracie z Niecieczą, Kolejarzem Stróże
i Startem Otwock.
- Tylko, że wtedy to my będziemy musieli prowadzić grę, a to jest zawsze
trudniejsze od kontrataku. Kluczowe będą trzy pierwsze mecze – z Olimpią Elbląg,
Niecieczą i Ruchem Wysokie Mazowieckie.
- Dążył Pan do tego, by mieć możliwie jak najszerszą i najbardziej
wyrównaną kadrę. Rywalizacja rzeczywiście wzrosła, na treningach nikt nogi nie
odstawia.
- Będzie problem z doborem pomocników, bo tutaj konkurencja jest największa. Ale
to w sumie przyjemny ból głowy dla trenera.
- Artur Minasjan ma szansę stać się jedną z czołowych postaci ligi? Gdy
podpisywał kontrakt, był Pan nim zachwycony.
- Posiada duże możliwości, wszystko zależy więc od niego. Na śniegu nie był w
stanie pokazać tego, co potrafi, a jest to piłkarz bardzo kreatywny.
Najważniejsze jednak, że szybko się odnalazł w nowym środowisku.
- Resovia wygrała sześć z dziesięciu sparingów. Jednak z rywalami z
wyższej półki – Sandecją, Cracovią i KSZO nie udało się choćby zremisować. Ma to
dla Pana znaczenie?
- Naturalnie, przecież każde, nawet najmniejsze zwycięstwo buduje morale
zespołu. Treningi, sparingi – to przygotowanie do meczów o stawkę. Dlatego tak
strasznie wkurzyły mnie błędy popełniane w spotkaniu z KSZO. Powinniśmy wygrać,
a przegraliśmy 0-1.
- Śledził Pan ruchy konkurencji. Czego więc możemy się spodziewać po
liderze z Niecieczy bądź Kolejarzu Stróże?
- Nie chciałbym, żeby to źle zabrzmiało, ale ich wzmocnienia na kolana mnie nie
rzuciły. A może inaczej – nie zazdroszczę im. Nie jesteśmy słabszym zespołem,
mamy natomiast piłkarzy z charakterem. Wojowników, którzy nie unikają twardej
walki. To sprawa kluczowa, bo w tej lidze łokcie ważniejsze są od sztuczek
technicznych.
|