|
- Nie żałuje Pan, że po raz
kolejny dał się namówić na pracę w Resovii?
- Nie, chociaż
momentami było ciężko i nie udało się nam zrealizować celu czyli
utrzymać drużyny w trzeciej lidze. Każdemu koledze po fachu życzę jednak
pracy w tej klasie rozgrywkowej, kontaktu z piłką na całkiem przyzwoitym
poziomie. Dla mnie to nobilitacja i możliwość dalszej nauki. Zresztą,
myślę, że chłopcy przez pół roku także czegoś się nauczyli i w czwartej
lidze te doświadczenia będą procentować.
- Może być Pan
zadowolony ze swoich podopiecznych. W zgodnej opinii kibiców i
dziennikarzy, zrobili więcej niż można się było spodziewać.
- To prawda, chociaż
miałem nadzieję, że jednak unikniemy degradacji. Z drugiej strony, ci
chłopcy brak umiejętności nadrabiali niesamowitą ambicją i
zaangażowaniem. Nawet, gdy było już jasne, że spadniemy, dawali z siebie
wszystko. Ten charakter jest bardzo ważny. Ale przegrała nie tylko
drużyna i trener. Niebagatelny wpływ na to, co się wydarzyło, miały
problemy organizacyjne sekcji i klubu.
- Ten trzeci
kontakt z Resovią był najtrudniejszy?
- Resovia to tak
specyficzne miejsce, że za każdym razem kłopotów nie brakowało. Bywało
jednak gorzej. Za pierwszym razem, nie mieliśmy szatni, wody,
jeździliśmy się kąpać do szkół, nie było, gdzie trenować, boisko było w
zdecydowanie gorszym stanie. Ciekawe, że mnie akurat tak w piłce
doświadcza los, iż nigdy nie udaje mi się trafić na stabilny klub. No,
może z wyjątkiem Izolatora Boguchwała. Za czasów Cenowej Bomby, kiedy
Resovia awansowała do trzeciej ligi, chłopcy nie mogli na nic narzekać.
Ale ja pojawiłem się, gdy sponsora już nie było. Nie można jednak mówić
o samych nieprzyjemnych rzeczach. Proszę zauważyć, że na każdym treningu
pojawiało się ponad 20 osób, że zawodnicy angażowali się w każdy mecz.
Trzeba było widzieć ich rozradowane twarze po zwycięstwie. To naprawdę
przyjemne chwile.
- Ale od spraw
organizacyjnych nie da się uciec. Gdyby Resovia była przygotowana na
realia trzecioligowe, a drużyna, mimo niedostatków kadrowych, miała
komfort psychiczny, udałoby się uniknąć spadku?
- Gdybyśmy
organizacyjnie prezentowali się tak, jak nasi rywale w walce o
utrzymanie, pewnie nadal występowalibyśmy w trzeciej lidze.
- W jaki sposób
motywował Pan piłkarzy? Oni wszyscy, za każdym razem, podkreślali
fantastyczną atmosferę, jaka panuje w zespole.
- Zebrała się grupa
młodych ludzi, którzy mieli cel do zrealizowania. Ponadto chcieli
udowodnić, że warto na nich stawiać, że kiedyś popełniono błąd,
rezygnując z ich usług. Motywacja finansowa także istniała, bo działacze
płacili premie za zwycięstwa. Raz mniejsze, raz większe, ale zawsze coś.
- A co było
największym sukcesem ze stricte szkoleniowego punktu widzenia?
- Stworzenie tej
grupy, nadanie jej charakteru, oblicza. Także samo uczestnictwo w
rozgrywkach, bo przypomnę, że jesienią i zimą istniała groźba wycofania
zespołu z ligi. Tak jak mówiłem, piłkarze sporo się nauczyli i pomimo
spadku, każdy z nich stał się jeszcze lepszym zawodnikiem.
- Pojawił się w
drużynie ktoś, kto mile Pana zaskoczył?
- Nie mieliśmy
lidera z prawdziwego zdarzenia, kogoś, kto w decydującym momencie
pociągnąłby zespół bądź sam rozstrzygnął o losach pojedynku. Mógłby być
niewidoczny przez 90 minut, ale w ostatniej akcji zdobyłby gola lub
zaliczył asystę na wagę 3 punktów. Czasami udawało się to Wiktorowi
Solarzowi, lecz końcówka sezonu już do niego nie należała. Chyba nie
poradził sobie z presją, jaka na nim ciążyła. Stanowiliśmy więc siłę
jako zespół, co - wbrew pozorom - nie zawsze wystarcza do osiągnięcia
sukcesu. Doskonale pokazują to mistrzostwa Europy, gdzie indywidualne
popisy gwiazd decydują o wygranej.
- Działacze chcą,
żeby Pan nadal prowadził zespół. Otrzymają pozytywną odpowiedź?
- Wszystko
rozstrzygnie się w ciągu kilku dni, zanim wyjadę na urlop. Muszę to
przemyśleć, problemem nie są nawet kwestie organizacyjne, ale moje
zdrowie. Tak czy inaczej, będziemy namawiać zawodników, żeby zostali w
Resovii. Nie mam żadnych konkretnych propozycji z innych klubów, chociaż
rozgrywki np. czwartej ligi dopiero co się zakończyły. Najwyraźniej,
szefowie klubów przypisali mnie już do Resovii (śmiech). Jakkolwiek by
nie spojrzeć, ten klub istniał już tyle lat, że i beze mnie da sobie
radę.
- Różnica polega
tylko na tym, że większość piłkarzy swój pobyt w Resovii uzależnia od
Pana decyzji. Zostanę, jeżeli trener nadal będzie tu pracował - mówią.
- To miłe z ich
strony. Ale wolałbym nie stawiać sprawy w ten sposób: albo Huzarski,
albo koniec z sekcją piłki nożnej w Resovii.
- Czy po tym, co
się stało na derbach, Resovia ma szansę pozyskać choćby jednego
poważnego sponsora?
- Zachowania kibiców
niekoniecznie muszą wpłynąć na decyzję potencjalnych sponsorów. Ja także
poszukiwałem dla klubu pieniędzy, bo moja rola nie ograniczała się tylko
do szkolenia, i rozmowy były bardzo ciężkie. Niejednokrotnie
słyszeliśmy: niech drużyna się pokaże, a zainwestujemy. I co? Chłopcy
wstydu nie przynieśli, starali się jak mogli, a odzewu żadnego. Dzisiaj
sponsorów znaleźć można jedynie wśród znajomych, bo firmom nie opłaca
się łożyć pieniędzy na sport. One także chcą zarobić, a źle
skonstruowane prawo im na to nie pozwala. Ubolewam również nad
marnotrawieniem pieniędzy publicznych. Miasto wydaje grube miliony na
nowe parkingi, a nie zauważa, że młodzież nie ma gdzie trenować,
pobiegać za piłką. Ofiarowanie jednorazowo jakiejś sumy nie rozwiązuje
problemu. Trzeba stworzyć jakichś szerszy program. Być może wówczas
unikniemy burd na stadionach. To zresztą nie tylko kłopot Resovii, a
zamykanie obiektu nie jest receptą, lecz przejawem braku koncepcji,
wyrazem bezsilności.
- Wyjeżdża Pan na
wakacje, ale czy potrafi Pan wypoczywać, nie myśląc o futbolu?
- Tak. Po raz trzeci
wybieram się z rodziną do Chorwacji i już się cieszę na myśl o pięknej
pogodzie, czystym morzu i wspaniałych plażach. W sierpniu planuje
pojechać z grupą znajomych do Aten, na igrzyska olimpijskie. Chciałbym
zobaczyć i poczuć atmosferę wielkiego wydarzenia oraz być świadkiem
triumfu Roberta Korzeniowskiego.
|