|
„Pasiaki”
wznowiły w środę, 7 stycznia, zajęcia. Na boisku ze sztuczną trawą
pojawiło się 25 piłkarzy. 31 stycznia rzeszowianie rozegrają pierwszy z
10 zimowych sparingów, z Polonią Przemyśl.
T. Szeliga (Super Nowości): W jakich nastrojach zaczęliście
przygotowania do drugiej rundy?
M. Huzarski (trener Resovii): Trenowaliśmy już w grudniu, w przerwie
międzyświątecznej, u nas zawodnicy nie mają laby (śmiech). Nastroje są
oczywiście dobre, z optymizmem spoglądamy w przyszłość. Czekamy tylko na
powrót Szymona Kalińca, brutalnie sfaulowanego w meczu z Wólczanką. No i
zobaczymy co z kolanem Łukasza Sękowskiego.
- Możemy się spodziewać nowych twarzy? Nie jest tajemnicą, że
szukacie wartościowego napastnika.
- Do 15 stycznia chcemy mieć zamkniętą kadrę. Przydałby się nie tylko
napastnik, ale też obrońca i pomocnik. Tylko że budżet Resovii nie
pozwala na szaleństwa. Zarząd otrzymał od nas listę z nazwiskami
zawodników, których chętnie byśmy u nas widzieli. Jak przebiegają
negocjacje, nie wiem. Ale każdy kto oglądał nasze spotkania przyzna, iż
przydałby się napastnik strzelający w sezonie 13-15 goli.
- Resovia to dziś nie najgorszy pracodawca. Piłkarze nie
zarabiają kokosów, ale otrzymują wypłaty na czas.
- Przez ostatnie pół roku tak było i to w sumie jest najważniejsze. Choć
wiem, że część zawodników chciałaby zarabiać większe pieniądze. Złote
czasy już jednak nie powrócą. Teraz wszystkie kluby zaciskają pasa, by
przeżyć. Tną koszty, między innymi obniżając kontrakty.
- Doczekał pan czasów, że interesuje pana tylko i wyłącznie
trening? Bo różnie z tym bywało.
- Współpraca z zarządem dobrze się układa. Najważniejsze, że klub jest
stabilny. Nie żyjemy ponad stan. Chcielibyśmy pojechać na obóz, mamy
termin i miejsce, ale nie wiadomo, czy uda się zebrać na ten cel
pieniądze.
- W pierwszej części sezonu udowodnił pan, że jak mało kto,
potrafi pracować z zawodnikami na dorobku. Jakby pan scharakteryzował
grupę, którą dowodzi?
- Mam piłkarzy o charakterze zwycięzców. Oni chcą wygrać każdą gierkę,
sparing i mecz o punkty. Natomiast jeszcze nie zawsze starcza
umiejętności. Mamy w kadrze 10 juniorów, ale Resovia to nie tylko
młodzież. Udało się stworzyć zbilansowaną grupę, gdzie weterani pomagają
młodszym. Dzięki temu nasi juniorzy dość płynnie weszli do pierwszej
drużyny.
- Nie należy pan do trenerów sypiących pochwałami, ale tak
szczerze: który z tych chłopaków ma papiery na grę w wyższej lidze?
- U kilku z nich dostrzegam potencjał, ten charakterystyczny błysk.
Jednak żaden z nich nie jest jeszcze przygotowany na występy w
mocniejszym klubie. Powtarzam im, że muszą być ambitni, ale podkreślam
też, jak ważna jest cierpliwość. Przed nimi mnóstwo pracy. Ot, taki
przykład: oni chcą biegać do upadłego, wygrywać za wszelką cenę. Z
taktyką są jednak na bakier i cierpi na tym cała drużyna. Każdy trener
dąży do tego, żeby jego zespół funkcjonował w ramach pewnego systemu
gry. Żeby tak się stało, każdy zawodnik musi sobie przyswoić żelazne
zasady taktyczne. Pewne jest, że 11 juniorów miałoby wielkie problemy w
meczu trzeciej ligi.
- Pana drużyny zawsze strzelały dużo goli, grały do przodu.
Tymczasem obecna Resovia to głównie żelazna defensywa. Straciliście
zaledwie 11 bramek, najmniej w lidze.
- Jeśli chodzi o filozofię futbolu, nic się u mnie nie zmieniło. Tylko
że teraz umiejętność i doświadczenie są po stronie zawodników grających
w bramce i na obronie. 11 goli straconych w 19 meczach to naprawdę godny
wynik.
- Jesteście na trzecim miejscu w tabeli, macie tyle samo punktów
co druga Stal Rzeszów. Rozbudziliście apetyty, więc na usta ciśnie się
jedno pytanie: włączycie się do walki o awans?
- Dużo zależy od tego, czy uda się nam pozyskać dobrego napastnika. W
piłce nożnej gra się albo o pierwsze miejsce albo o utrzymanie. Nikt nie
powie, że Resovia nie chce awansować. Jednak tonuję hurraoptymistyczne
nastroje. Zdaję sobie sprawę, iż mieliśmy jesienią zbyt dużo słabych
występów. Młodzież to wahania formy, a druga runda będzie trudniejsza.
- A może jednak nie? Ci, którzy debiutowali jesienią w III
lidze, już nie będą odczuwać tremy.
- Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, to się z panem zgodzę. Ale jednak
w rundzie rewanżowej większość rywali gra tak, jakby miała przystawiony
nóż do gardła. Dla naszych żółtodziobów będzie to nowe doświadczenie.
- Słyszałem jednak, że w klubie nie ma „napinki” na awans.
Działacze nie chcą powielać błędów, które doprowadziły do tego, że dziś
trzeba spłacać długi. Dla Resovii chyba za wcześnie na II ligę?
- Ciśnienia nie ma, to fakt. Udaje się nam realizować cele jakie
stawialiśmy przed sezonem: ogrywanie młodzieży, wprowadzanie do zespołu
jak największej liczby wychowanków, ustabilizowanie sytuacji finansowej
sekcji. Ambicja ambicją, ale wszyscy wiemy, ile kosztuje wyprawa na mecz
do Kołobrzegu. Resovia nie jest jeszcze gotowa na grę w drugiej lidze,
choć małymi kroczkami ją do tego przystosowujemy.
- Od lat pytam, czy nie korci pana, żeby stąd wyjechać,
spróbować chleba w poważniejszej lidze? Człowiek z papierami
PZPN-owskimi w czwartej klasie rozgrywkowej?
- Zaczynając przygodę z trenerką liczyłem, że uda mi się poprowadzić
zespół na wyższym poziomie. Marzeń nie porzuciłem, czuję się
kompetentny, ale nie jest łatwo wskoczyć na tę karuzelę. Trenerów na
rynku jest mnóstwo.
- Tuż po świętach pojechał pan do Niemiec. Co pan tam robił?
- Pojechałem z najbliższymi na kilka dni do Drezna i Berlina. Mieszkałem
kiedyś w Niemczech, była to więc po trosze podróż sentymentalna. A tak
naprawdę kapitalna odskocznia od rzeczywistości. Pozwiedzaliśmy,
zostawiliśmy na wyprzedażach trochę euro (śmiech). Może za rok to
powtórzymy. Chcielibyśmy zobaczyć Monachium.
|