|
Był
Pan bardzo dobrym tenisistą i hokeistą, ale zaczynał Pan od piłki
nożnej...
- Moja przygoda ze sportem faktycznie zaczęła od piłki nożnej, a
występowałem w juniorach Towarzystwa Sportowego Sokół. W tamtych czasach
nie było łatwo i zdarzało się, że graliśmy na bosaka, a przebierać się
trzeba było pod drzewem. W drużynie większość kolegów była ode mnie
starsza, ale jakoś sobie radziłem. Sokół grał wtedy na boisku przy ul.
Langiewicza, ale w 1950 roku przeniósł się na Staromieście, a ja z
czasem coraz rzadziej pojawiałem się na treningach, aż całkiem
zrezygnowałem z gry w piłkę nożną.
Porzucił Pan piłkę na rzecz
tenisa ziemnego i hokeja, które, jakby nie patrzeć, nie należały do
najpopularniejszych sportów. Skąd taka decyzja?
- Przede wszystkim mieszkałem w kamienicy, z której miałem widok
na pierwsze korty. Pewnego dnia zobaczyłem jakieś dziwne kratki
pomalowane na ziemi i wtedy dowiedziałem się, że jest to kort do tenisa
ziemnego. Nie miałem własnej rakiety, ale sam sobie zrobiłem i zacząłem
odbijać. Mączkę robiło się z cegły, a że obuwie w tamtych czasach nie
było najlepszej jakości, to często nie wytrzymywało jednego meczu. Już
wtedy piłka nożna zaczęła schodzić na dalszy plan i tylko od czasu do
czasu grywałem w seniorach Spójni.
Kto nauczył Pana podstaw gry w tenisa?
- Ja od zawsze byłem samoukiem. Jest z tym związana anegdota. Jak
grałem turniej pocieszenia w Warszawie, w finale potykałem się z
Maciantowiczem. Jeden z bardziej znanych trenerów Hebda stwierdził
wtedy, że nie będzie miał ze mną żadnych problemów. Na mnie to
podziałało bardzo mobilizująco i powiedziałem sobie, że będę gryzł kort,
ale nie dam się pokonać i tak faktycznie było. Po meczu o wywiad
poprosiła mnie znana dziennikarka Ewa Cunge, a naszą rozmowę
zatytułowała "Samouk z Rzeszowa". W późniejszych latach zawsze jak
odpadałem z turnieju to starałem się podglądać lepszych ode mnie, aby
czegoś się nauczyć. Tenis bardzo mnie cieszył i sprawiał frajdę.
A jak to było z hokejem?
- W hokeja grałem do początku lat 60., a jeździć na łyżwach
nauczyłem się na zamarzniętej Mikoście. Po tym jak w Rzeszowie powstało
lodowisko to i ten sport mnie wciągnął. Byłem podstawowym obrońcą i
kapitanem drużyny, a rywalizowaliśmy wtedy z Czuwajem Przemyśl, Stalową
Wolą, no i ci ze Śląska... to były pierony. Największym naszym sukcesem
było czwarte miejsce w Polsce, które ze Spartą zajęliśmy w 1954 roku.
Największe sukcesy odnosił Pan jednak w tenisie.
- Już na pierwszych swoich zawodach juniorskich w Stalowej Woli
zająłem trzecie miejsce, a byłem bardzo blisko gry w finale. W meczu
półfinałowym było 1-1 i w trzecim secie prowadziłem 5-2. Ostatecznie
jednak przegrałem ten pojedynek, ale debiut był jak najbardziej udany.
Od roku 1958 byłem najlepszy w województwie i sześć razy z rzędu
wygrywałem mistrzostwa województwa. Po ostatnie sięgnąłem w 1963 roku.
Niejako ukoronowaniem tego okresu było siódme miejsce w rankingu na
najlepszego sportowca Podkarpacia. W 1961 roku znalazłem się w bardzo
doborowym towarzystwie i było to ogromne wyróżnienie. Takich rzeczy nie
zapomina się do końca życia. W tamtych czasach trudno było o wyjazdy
zagraniczne, ale wam się udało wyjechać na mecz do Preszowa.
Najpierw do Rzeszowa przyjechali na mecz tenisiści Tatrana Preszów, a
później my w rewanżu pojechaliśmy do Preszowa. Jako pierwszym z
województwa udało nam się wyjechać za granicę i zagrać mecz. Graliśmy
również mecz Kijów - Rzeszów, w którym grałem z mistrzem Ukrainy
Mozerem. To był bardzo dobry tenisista, ale byłem bardzo blisko
wygranej. W trzecim secie prowadziłem nawet 5-2, ale zacząłem słuchać
podpowiedzi, jak mam grać i skończyło się na przegranej.

Resovia mistrzem okregu, 1959 r. Pierwszy z
lewej stoi M. Kalita | foto: A.Kosiorowski
Był Pan nie tylko zawodnikiem, ale
również trenerem tenisa ziemnego.
- W 1957 roku zrobiłem papiery instruktora pierwszej klasy,
prowadziłem szkółkę tenisową i muszę przyznać, że trochę ludzi nauczyłem
grać. Tenisem zajmowałem się do roku 1969, a skończyłem uprawianie tej
dyscypliny z momentem narodzin mojego syna Pawła. Ze sportu nie dawało
się wyżyć, a trzeba było zająć się rodziną.
Syn jednak kontynuował sportowe
tradycje.
- Paweł zaczynał od pływania i przez siedem lat trenował tę
dyscyplinę. Grał również w tenisa, chciałem go uczyć, ale on nie bardzo
się do tego garnął i trenował jedynie z moim bratem. Od początku jednak
Paweł prosił mnie, abym zapisał go na piłkę nożną w Resovii i w końcu
dałem się przekonać. Zapisałem go do grupy Staszka Zaborniaka, ale już
po pierwszym treningu Paweł wylądował na pogotowiu, a ja mu
powiedziałem, żeby zajął się siatkówką albo koszykówką. Posłuchał mnie i
będąc w liceum grał w kosza w MKS-ie, a stamtąd poszedł do Resovii. Miał
szczęście, bo "załapał" się jeszcze na ławkę w pierwszej lidze. Syn
Paweł był świetnym koszykarzem.
Pewnie chodził Pan mecze z jego
udziałem?
- Właśnie, że nie bardzo. Kosztowało mnie to zbyt wiele nerwów i bałem
się, że coś mu się stanie. Raz byłem na meczu, jak złapał kontuzję i to
mi wystarczyło.
Na wyobraźnię działały pewnie również
Pańskie doświadczenia.
- Po uprawianiu sportu została mi masa dyplomów, ale również
chory kręgosłup i kontuzjowane obie nogi. Tak zmieniając na chwilę
temat, to szkoda, że działacze Resovii zapomnieli o mnie na 100-lecie
klubu. Jakby nie patrzeć całe życie byłem związany z tym jednym klubem i
broniąc jego barw łapałem kontuzje. Raz, jak w innej sprawie dzwoniłem
do Zbigniewa Wiecha, to powiedział, że mogę w klubie odebrać
legitymację, ale teraz to ja już dziękuję.
A teraz chodzi Pan w ogóle na jakieś
imprezy sportowe w Rzeszowie?
Nie. Ostatnie, na co chodziłem to były treningi koszykarzy, jak grał w
Resovii Paweł. Teraz nie chodzę, ani na piłkę nożną, ani na koszykówkę.
Lubię za to oglądać sport w telewizji. Oczywiście w pierwszej kolejności
tenis.
No to przez najbliższe dni czeka pana
prawdziwe święto. Jesteśmy na półmetku Wimbledonu.
- Zgadza się, z chęcią oglądam popisy tenisistów i tenisistek w
Wimbledonie. Bardzo imponuje mi Agnieszka Radwańska, która nie ma takich
możliwości, jak rosyjskie zawodniczki. Tych to jest coraz więcej, a
szkolą się w Stanach Zjednoczonych. Nasza Agnieszka mogła liczyć tylko
na pomoc swojego ojca, który wydawał własne pieniądze, a ona ciężką
pracą doszła do tego miejsca, w którym się znajduje. A to jeszcze nie
koniec, bo również młodsza Urszula może zrobić sporą karierę.
|