WYWIADY

  klub
strona główna
aktualności
informacje
prasa
wydarzenia
wywiady
  liga
kadra
terminarz
mecze
tabela
  historia
kronika
resoviacy
1905...
Rzeszów
artykuły
  www
e-muzeum
foto
linki
kontakt
księga gości
forum

 













 

 

2008.06.30 | "Całe życie w jednym klubie"- wywiad z Marianem Kalitą, byłym tenisistą, hokeistą i piłkarzem Resovii


Był Pan bardzo dobrym tenisistą i hokeistą, ale zaczynał Pan od piłki nożnej...
- Moja przygoda ze sportem faktycznie zaczęła od piłki nożnej, a występowałem w juniorach Towarzystwa Sportowego Sokół. W tamtych czasach nie było łatwo i zdarzało się, że graliśmy na bosaka, a przebierać się trzeba było pod drzewem. W drużynie większość kolegów była ode mnie starsza, ale jakoś sobie radziłem. Sokół grał wtedy na boisku przy ul. Langiewicza, ale w 1950 roku przeniósł się na Staromieście, a ja z czasem coraz rzadziej pojawiałem się na treningach, aż całkiem zrezygnowałem z gry w piłkę nożną.

Porzucił Pan piłkę na rzecz tenisa ziemnego i hokeja, które, jakby nie patrzeć, nie należały do najpopularniejszych sportów. Skąd taka decyzja?
- Przede wszystkim mieszkałem w kamienicy, z której miałem widok na pierwsze korty. Pewnego dnia zobaczyłem jakieś dziwne kratki pomalowane na ziemi i wtedy dowiedziałem się, że jest to kort do tenisa ziemnego. Nie miałem własnej rakiety, ale sam sobie zrobiłem i zacząłem odbijać. Mączkę robiło się z cegły, a że obuwie w tamtych czasach nie było najlepszej jakości, to często nie wytrzymywało jednego meczu. Już wtedy piłka nożna zaczęła schodzić na dalszy plan i tylko od czasu do czasu grywałem w seniorach Spójni.

Kto nauczył Pana podstaw gry w tenisa?
- Ja od zawsze byłem samoukiem. Jest z tym związana anegdota. Jak grałem turniej pocieszenia w Warszawie, w finale potykałem się z Maciantowiczem. Jeden z bardziej znanych trenerów Hebda stwierdził wtedy, że nie będzie miał ze mną żadnych problemów. Na mnie to podziałało bardzo mobilizująco i powiedziałem sobie, że będę gryzł kort, ale nie dam się pokonać i tak faktycznie było. Po meczu o wywiad poprosiła mnie znana dziennikarka Ewa Cunge, a naszą rozmowę zatytułowała "Samouk z Rzeszowa". W późniejszych latach zawsze jak odpadałem z turnieju to starałem się podglądać lepszych ode mnie, aby czegoś się nauczyć. Tenis bardzo mnie cieszył i sprawiał frajdę.

A jak to było z hokejem?
- W hokeja grałem do początku lat 60., a jeździć na łyżwach nauczyłem się na zamarzniętej Mikoście. Po tym jak w Rzeszowie powstało lodowisko to i ten sport mnie wciągnął. Byłem podstawowym obrońcą i kapitanem drużyny, a rywalizowaliśmy wtedy z Czuwajem Przemyśl, Stalową Wolą, no i ci ze Śląska... to były pierony. Największym naszym sukcesem było czwarte miejsce w Polsce, które ze Spartą zajęliśmy w 1954 roku.

 Największe sukcesy odnosił Pan jednak w tenisie.
- Już na pierwszych swoich zawodach juniorskich w Stalowej Woli zająłem trzecie miejsce, a byłem bardzo blisko gry w finale. W meczu półfinałowym było 1-1 i w trzecim secie prowadziłem 5-2. Ostatecznie jednak przegrałem ten pojedynek, ale debiut był jak najbardziej udany. Od roku 1958 byłem najlepszy w województwie i sześć razy z rzędu wygrywałem mistrzostwa województwa. Po ostatnie sięgnąłem w 1963 roku. Niejako ukoronowaniem tego okresu było siódme miejsce w rankingu na najlepszego sportowca Podkarpacia. W 1961 roku znalazłem się w bardzo doborowym towarzystwie i było to ogromne wyróżnienie. Takich rzeczy nie zapomina się do końca życia. W tamtych czasach trudno było o wyjazdy zagraniczne, ale wam się udało wyjechać na mecz do Preszowa.
Najpierw do Rzeszowa przyjechali na mecz tenisiści Tatrana Preszów, a później my w rewanżu pojechaliśmy do Preszowa. Jako pierwszym z województwa udało nam się wyjechać za granicę i zagrać mecz. Graliśmy również mecz Kijów - Rzeszów, w którym grałem z mistrzem Ukrainy Mozerem. To był bardzo dobry tenisista, ale byłem bardzo blisko wygranej. W trzecim secie prowadziłem nawet 5-2, ale zacząłem słuchać podpowiedzi, jak mam grać i skończyło się na przegranej.

   

    Resovia mistrzem okregu, 1959 r. Pierwszy z lewej stoi M. Kalita | foto: A.Kosiorowski

Był Pan nie tylko zawodnikiem, ale również trenerem tenisa ziemnego.
- W 1957 roku zrobiłem papiery instruktora pierwszej klasy, prowadziłem szkółkę tenisową i muszę przyznać, że trochę ludzi nauczyłem grać. Tenisem zajmowałem się do roku 1969, a skończyłem uprawianie tej dyscypliny z momentem narodzin mojego syna Pawła. Ze sportu nie dawało się wyżyć, a trzeba było zająć się rodziną.

Syn jednak kontynuował sportowe tradycje.
- Paweł zaczynał od pływania i przez siedem lat trenował tę dyscyplinę. Grał również w tenisa, chciałem go uczyć, ale on nie bardzo się do tego garnął i trenował jedynie z moim bratem. Od początku jednak Paweł prosił mnie, abym zapisał go na piłkę nożną w Resovii i w końcu dałem się przekonać. Zapisałem go do grupy Staszka Zaborniaka, ale już po pierwszym treningu Paweł wylądował na pogotowiu, a ja mu powiedziałem, żeby zajął się siatkówką albo koszykówką. Posłuchał mnie i będąc w liceum grał w kosza w MKS-ie, a stamtąd poszedł do Resovii. Miał szczęście, bo "załapał" się jeszcze na ławkę w pierwszej lidze. Syn Paweł był świetnym koszykarzem.

Pewnie chodził Pan mecze z jego udziałem?
- Właśnie, że nie bardzo. Kosztowało mnie to zbyt wiele nerwów i bałem się, że coś mu się stanie. Raz byłem na meczu, jak złapał kontuzję i to mi wystarczyło.

Na wyobraźnię działały pewnie również Pańskie doświadczenia.
- Po uprawianiu sportu została mi masa dyplomów, ale również chory kręgosłup i kontuzjowane obie nogi. Tak zmieniając na chwilę temat, to szkoda, że działacze Resovii zapomnieli o mnie na 100-lecie klubu. Jakby nie patrzeć całe życie byłem związany z tym jednym klubem i broniąc jego barw łapałem kontuzje. Raz, jak w innej sprawie dzwoniłem do Zbigniewa Wiecha, to powiedział, że mogę w klubie odebrać legitymację, ale teraz to ja już dziękuję.

A teraz chodzi Pan w ogóle na jakieś imprezy sportowe w Rzeszowie?
Nie. Ostatnie, na co chodziłem to były treningi koszykarzy, jak grał w Resovii Paweł. Teraz nie chodzę, ani na piłkę nożną, ani na koszykówkę. Lubię za to oglądać sport w telewizji. Oczywiście w pierwszej kolejności tenis.

No to przez najbliższe dni czeka pana prawdziwe święto. Jesteśmy na półmetku Wimbledonu.
- Zgadza się, z chęcią oglądam popisy tenisistów i tenisistek w Wimbledonie. Bardzo imponuje mi Agnieszka Radwańska, która nie ma takich możliwości, jak rosyjskie zawodniczki. Tych to jest coraz więcej, a szkolą się w Stanach Zjednoczonych. Nasza Agnieszka mogła liczyć tylko na pomoc swojego ojca, który wydawał własne pieniądze, a ona ciężką pracą doszła do tego miejsca, w którym się znajduje. A to jeszcze nie koniec, bo również młodsza Urszula może zrobić sporą karierę.

Rozmawiał MB, Dziennik Polski | 30.06.2008

 

 

































































































































 

| ...do wywiady |

 
© 2006 | resoviacy.pl  serwis informacyjny CWKS Resovia Rzeszów | design by