|
- Pod Pana wodzą zespół wywalczył 23 punkty i zakończył sezon na 9
miejscu w tabeli. Satysfakcjonuje Pana ten wynik?
- W porównaniu z pierwszą rundą, poprawiliśmy się o jedną lokatę. Ale
tych punktów można było zdobyć więcej. Po części sami jesteśmy sobie
winni, bo niedoświadczona drużyna traciła nieraz bramki w kuriozalnych
okolicznościach. Kilka razy skrzywdzili nas również sędziowie. Jednak
biorąc pod uwagę warunki, w jakich przyszło nam pracować, wiosenny
dorobek trzeba uznać za sukces. Przypomnę tylko, że dwa tygodnie przed
startem rundy rewanżowej zespół opuścili Andrzej Kaznecki i Szymon
Grabowski; że Marcin Pietryka, bramkarz z największym w lidze
potencjałem, trenował sporadycznie, bo musiał pilnować nauki i pracy; że
do drużyny dokooptowałem kilku żółtodziobów; że mecze rozgrywaliśmy na
obcym boisku. Długo by wymieniać.
- Zapomniał Pan o kontuzjach...
- Ciągle musiałem żonglować składem. Ale w tym wypadku bat można kręcić
w drugą stronę: gdyby chłopcy solidnie przepracowali okres zimowy,
urazów byłoby mniej. Wynikały one także z ogromnej chęci pokazania się,
udowodnienia swojej wartości. Tak było ze Sławkiem Rozborskim, który po
powrocie do Resovii pracował za trzech, aż organizm się zbuntował.
Konrad Domoń przystąpił do gry po przygodach ze zdrowiem, jakich
doświadczył w hali, zaś Witek Jakubowski i ostatnio Piotrek Krawczyk
nabawili się kontuzji na własne życzenie. Z kolei Bartek Madeja, który w
końcówce sezonu wyrósł na lidera drużyny, w styczniu i lutym był gościem
na treningach, więc długo szukał formy. Podobnie zresztą jak Jarek Mita.
- W trakcie tych kilku miesięcy ani razu nie pomyślał Pan: Boże, co ja
tu robię?
- Resovia jest moim ukochanym klubem, więc mogę jej wiele wybaczyć, na
wiele spraw przymknąć oczy. Poza tym wziąłem tę robotę i chciałem ją
doprowadzić do końca. Faktem jest jednak, że gdyby działacze stworzyli
mi warunki takie, jakie panują np. w Izolatorze Boguchwała, mógłbym
obiecać awans do III ligi.
- Mówi Pan, że młodzież w Resovii się sprawdziła, ale niektórym
zawodnikom brakuje charakteru, mentalności zwycięzców.
- Zimą wydawało się, że pewniakiem wśród młodych jest Marcin Smężeń.
Tymczasem w meczach o punkty lepiej prezentował się cichy, ale pracowity
Łukasz Bryk, który w Lechii Sędziszów nie miał miejsca w składzie. O
Sebastianie Rząsie i Michale Baranie nikt wcześniej nie słyszał.
Krawczykowi znalazłem miejsce na boisku i chłopak radził sobie bardzo
dobrze. Resovii nie brakuje utalentowanej młodzieży. Trzeba jej tylko
dać możliwość gry, najlepiej reaktywując zespół rezerw. Ci chłopcy to
największy kapitał klubu. Warto o tym pamiętać.
- Zostaje Pan w Resovii na następny sezon?
- Nikt mnie stąd nie wypędza. Powiem Panu, jako pierwszemu, że
odrzuciłem już atrakcyjną finansowo ofertę z innego klubu. Mam swoje
lata, mieszkam w Rzeszowie i marzy mi się walka z Resovią o wysokie
cele. Ale o podejmowaniu ambitnych wyzwań można rozmawiać tylko wtedy,
kiedy w klubie są pieniądze. Resovia do krezusów nie należy i w
najbliższych dniach wszyscy musimy opracować jakiś plan działania. Przy
okazji apeluję do tych ludzi, którzy deklarują się jako przyjaciele
stuletniego klubu: pomóżcie! Stwórzmy razem coś trwałego, coś z czego
będziemy dumni.
|