|
Były
bramkarz Resovii, Tomasz Król, jest jedynym obcokrajowcem w sztabie
szkoleniowym Crystal Palace Londyn. Odpowiada za rozwój bramkarzy w
drużynach od U-8 do U-15.
- W jaki sposób zostaje się trenerem bramkarzy w klubie Premier
League?
- Trzeba mieć dużo szczęścia (śmiech). Jestem jedynym obcokrajowcem w
sztabie szkoleniowym. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po przyjeździe do
Anglii, było zapisanie się na kursy trenerskie. Bez odpowiednich
kwalifikacji nie masz szans na poważną pracę. Zacząłem od trenowania
chłopaków w polskiej szkółce London Eagles, a podczas jednej z
konferencji poznałem trenera bramkarzy Crystal Palace. Spytałem, czy
mógłbym pooglądać z bliska jego zajęcia. Zgodził się, a gdy uznał, że
posiadam predyspozycje do wykonywania tej pracy, zaproponował, żebym
potrenował młodych bramkarzy w klubie. Opiekuję się chłopakami mającymi
od 8 do 15 lat, czasem pomagam w starszych rocznikach.
- Jak liczna jest to grupa?
- Mam 14 podopiecznych. Staramy się, żeby w każdym roczniku było dwóch,
trzech bramkarzy. Na Wyspach obowiązuje zresztą całkiem inny system
rozgrywek. Liga, jaką znamy z polskich boisk, zaczyna się dopiero, gdy
piłkarze skończą 16 lat. Do tego czasu akademie rozgrywają między sobą
mecze towarzyskie. Swobodnie rotujemy składem. Gdy widzimy, że zawodnik
się wyróżnia, dajemy go do starszej grupy.
- Jeszcze jakieś różnice?
- Każdy chłopak ma rok czasu, by przekonać trenerów, że warto na niego
postawić. Jeśli się nie sprawdzi, dziękujemy mu. Pierwszy kontrakt z
klubem podpisuje się dopiero w drużynie U-16. Wtedy piłkarz otrzymuje
wynagrodzenie. Dodam, że niewielkie.
- Crystal Palace to – jak na warunki londyńskie – skromny klub.
Jak wygląda baza „Orłów”?
- Topowe kluby: Chelsea, Tottenham i Arsenal biją nas na głowę, ale
gdyby zestawić Crystal Palace z klubami polskiej ekstraklasy to, hmm,
nie mielibyśmy się do czego odnosić. Crystal Palace posiada trzy ośrodki
treningowe. Tam, gdzie przygotowują się piłkarze pierwszego zespołu oraz
jego zaplecza, znajduje się 6 boisk z naturalną trawą i jedno ze
sztuczną. Łącznie boisk jest kilkanaście, sam nie wiem dokładnie ile,
musiałbym policzyć (śmiech). Ale powtarzam: gdy jedziemy na mecz z
Akademią Chelsea czujemy się jak kopciuszek. Choć może wkrótce się to
zmieni. Właśnie przeczytałem, że ma nas wykupić za 80 mln funtów
konsorcjum finansowe z Wall Street. W planach jest modernizacja stadionu
i zastrzyk gotówki dla akademii, która chce wskoczyć z poziomu B na
poziom A zarezerwowany dla najlepszych.

foto: W. Hadło (Super Nowości)
- Wyobrażam sobie, że rywalizacja jest ogromna i zdarzają się
ciosy poniżej pasa.
- Właśnie, że nie. W Londynie jest mnóstwo klubów i wszystkie z sobą
współpracują. Nie blokuje się transferów. Wyróżniający się zawodnicy
Crystal Palace trafiają do klubów walczących o mistrzostwo Anglii, z
kolei my „wyciągamy” utalentowanych chłopaków z będących niżej w
hierarchii Charlton Athletic, Millwall czy AFC Wimbledon.
- Londyn to narodowościowy tygiel. Z jakich krajów pochodzą pana
podopieczni?
- Większość z nich to Anglicy, choć mam Portugalczyka i Kolumbijczyka.
Do akademii trafiają piłkarze z całego świata, również Polacy. Ostatnio
na testach pojawiło się dwóch 16-latków. Nie prezentowali jednak
odpowiednio wysokiego poziomu i musieliśmy się z nimi rozstać.
- Nie samym futbolem człowiek żyje. Ponoć pracuje pan również
jako konsjerż w hotelu w londyńskim City?
- Dokładnie. I bardzo sobie cenię to zajęcie. Zamawiam gościom taksówkę,
doradzam w wyborze dobrej restauracji. Z mojej pomocy skorzystało między
innymi wielu znanych piłkarzy Premier League.
- Ostatni tydzień spędził pan z żoną w Polsce. Skorzystał pan z
zaproszenia Szkoły Mistrzostwa Sportowego Resovia, przeprowadzając
zajęcia z młodymi bramkarzami „pasiaków”.
- Resovii nigdy nie odmawiam. Spędziłem w tym klubie fantastyczne trzy
lata. Poznałem świetnych ludzi – kolegów z drużyny, działaczy, kibiców.
Zostałem resoviakiem i to takim, który każdego dnia sprawdza w
Internecie wiadomości z życia klubu, śledzi wyniki, a nawet ogląda
transmisje meczów. Ściskam kciuki zwłaszcza za Marcina Pietrykę.
- I tylko szkoda, że rozstanie z ukochanym klubem nie było
idealne…
- Żałowałem straconej szansy na wyjazd do pierwszoligowego Limerick.
Irlandczycy chcieli mnie pozyskać i dali tydzień na załatwienie w Polsce
spraw związanych z kontraktem. Był środek lata, w Resovii zostało kilku
pracowników i żaden nie wiedział, jak przeprowadza się zagraniczne
transfery. Trzeba było czekać aż prezesi wrócą z urlopów, tylko że ja
nie miałem tyle czasu. Z Resovii odszedłem do Orła Przeworsk, ale dość
szybko podjęliśmy z żoną decyzję o wyjeździe do Anglii. Czas pokazał, że
dokonaliśmy właściwego wyboru.
- Ma pan 27 lat. W takim wieku gra się w piłkę.
- Miałem ambicje, by grać w wyższej lidze niż trzecia. Nie miałem jednak
szczęścia oraz znajomości. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale
niestety, one też decydują o tym, do jakiego klubu człowiek trafia.
Koniec końców, dość szybko zawiesiłem buty na kołku i zająłem się
trenerką.
|