WYWIADY

  klub
strona główna
aktualności
informacje
prasa
wydarzenia
wywiady
  liga
kadra
terminarz
mecze
tabela
  historia
kronika
resoviacy
1905...
Rzeszów
artykuły
  www
e-muzeum
foto
linki
kontakt
księga gości
forum

 

 

 

2001.09.10 | Wywiad z Ryszardem Latawcem, byłym piłkarzem i trenerem Resovii

- Niebawem minie czternaście lat od czasu kiedy wyjechał Pan z Rzeszowa. Jednak sentyment do miasta, a przede wszystkim do Resovii, z którą był Pan przez wiele lat związany wciąż pozostał...
- Sercem wciąż jestem przy Resovii. Zresztą trudno, aby było inaczej. Blisko czternaście lat spędzonych w Resovii, a zatem tyle ile przebywam w Stanach Zjednoczonych, tego się nie da wykreślić z pamięci. Dodam, że chyba były to najwspanialsze lata z mojego sportowego życiorysu.

- Czy kiedy w listopadzie 1987 roku udał się Pan w podróż za ocean, spodziewał się Pan, że pobyt z dala od kraju będzie tak długi?

- Nie, tego się ani nie spodziewałem ani nie zakładałem. Wizę do Stanów Zjednoczonych otrzymałem dwa lata wcześniej, zaproszenie wysyłał mi Janek Domarski. Początkowo odkładałem wyjazd, aż w końcu zorientowałem się, że ważność mojej wizy kończy się za niespełna dwa tygodnie. Najpierw udałem się do konsulatu w celu jej ewentualnego przedłużenia. Nie otrzymałem na to zgody. Stanąłem przed dylematem: jechać czy pozostać. Wybrałem to pierwsze. Spakowałem walizki, pożegnałem się z rodziną i 26 listopada, dwa dni przed końcem ważności wizy, wylądowałem na chicagowskim lotnisku, z którego osobiście odbierał mnie mój były podopieczny z Resovii Stasiu Urban.

- Podobno niemal z marszu został Pan szkoleniowcem polonijnego klubu Wisła Chicago?

- Zgadza się. Z polskiego futbolu trafiłem do amerykańskiego. Praktycznie stało się to z dnia na dzień.

- Początki chyba były trudne?

- Jak najbardziej. W Polsce miałem do czynienia z profesjonalną piłką, pomimo że Resovia, którą szkoliłem występowała w drugiej lidze. Tutaj panowało prawdziwe amatorstwo. Najpierw praca, później treningi i gra. Wisłę przejąłem kiedy grała w amatorskiej lidze o nazwie National Soccer League. Zrzeszała ona 16 zespołów.

- Jak układała się Panu praca?

- Dobrze, a nawet bardzo dobrze. Nie miałem najmniejszych problemów z wpojeniem swoich metod szkoleniowych. Dużo pomogli mi w tym byli resoviacy Staszek Urban, Jurek Bogdanowicz, Zbyszek Trzyna, Stefan Kawalec oraz Jurek Maciejewski, który grywał w rzeszowskiej Stali. Pierwszy zespół Wisły prowadziłem przez osiem lat. Trzykrotnie zdobywaliśmy mistrzostwo ligi. Mieliśmy za sobą kilka finałów mistrzostw polonijnych. W ubiegłym sezonie najlepszym graczem ligi polonijnej wybrano Tomka Wrotonia, mielczanina, który jeszcze kilka lat temu występował w pierwszoligowej Stali.

- Jacy piłkarze z Podkarpacia, oprócz wcześniej wymienionych, zaliczyli występy w chicagowskiej Wiśle?

- Z Mielca Maciej Hołowiński, Tomasz i Sylwester Markowie, Robert Madeja, Jurek Skowronek, Witek Wybraniec, Marek Kramarz, Jurek Wybraniec z Resovii. W zawodowej lidze amerykańskiej w barwach Chicago Fire bardzo udany sezon zaliczył Jerzy Podbrożny. To piłkarze, którzy w ostatnim czasie przewijali się przez Wisłę. Niebawem dojdą następni, trwa nieustanna rotacja. Jedni przyjeżdżają, inni wyjeżdżają.

- Obecnie prowadzi Pan oldbojów Wisły, jednocześnie pełniąc w niej funkcję wiceprezesa...

- Od kiedy zaangażowałem się w sprawy organizacyjne klubu nie mam już tyle czasu, by szkolić pierwszy zespół. W przyszłym roku obchodzić będziemy 70-lecie Wisły. Zawiązał się już komitet organizacyjny. Pomagają nam zarówno tu na miejscu, jak i w kraju. Niedawno odbyłem rozmowy dotyczące zbliżającego się jubileuszu z Henrykiem Apostelem, który na krótki czas zawitał do Chicago. Chcemy, aby jubileusz wypadł okazale.

- W Polsce przez wiele lat związany był Pan z Resovią, jednak z urodzenia jest Pan opolaninem. Piłkarską karierę rozpoczynał pan w barwach popularnej w tym mieście Odry...

- W piłkę zaczynałem grać kiedy Odra występowała w ekstraklasie. Każdy mieszkaniec Opola kibicował tej drużynie, zresztą była ona sportową wizytówką miasta. Piłkarskiego rzemiosła uczyłem się od naprawdę znakomitych piłkarzy. Henryk Szczepański, Konrad Kornek, Henryk Brejza, Norbert Gajda, Engelbert Jarek to tylko niektórzy z tych, którzy stanowili o sile zespołu.

- Kiedy przeniósł się Pan do Resovii?

- Latem 1967 roku. Resovia grała w trzeciej lidze. Jej celem był awans do drugiej. Wszyscy tego oczekiwali. Byliśmy w cieniu rzeszowskiej Stali, która w tamtym czasie posiadała zespół na miarę ekstraklasy. W trzeciej lidze radziliśmy sobie doskonale. Problem polegał na tym, że aby awansować, trzeba było zwycięsko przejść przez baraże. W nich minimalnie lepszymi okazywały się drużyny Broni Radom, Lublinianki, Radomiaka. Lata mijały, a ja jako piłkarz wciąż marzyłem o tym, aby zagrać w drugiej lidze. W końcu, po sezonie 1975/76, zdecydowałem się zakończyć czynną karierę. Zostałem asystentem Witka Szyguły, który poprzednio szkolił Zagłębie Sosnowiec.

- To co nie udało się Panu z Resovią jako piłkarzowi, powiodło się w roli trenera...

- W czerwcu 1977 roku, po pamiętnym bezbramkowym remisie w Krakowie z tamtejszą Cracovią, awansowaliśmy do drugiej ligi. To był pierwszy i jak do tej pory jedyny awans Resovii. Mecz obserwowało blisko 30 tysięcy kibiców. Wytrzymaliśmy psychicznie presję. Witek uczynił to, czego nie dokonali jego poprzednicy, naprawdę znakomici trenerzy - mam tu na myśli Aleksandra Brożyniaka czy nie żyjącego Mieczysława Kruka. 17 lat "pasiaki" grały w tej klasie piłkarskich rozgrywek. Kiedy obecnie występują aż dwie klasy niżej łza się w oku kręci.

- Wkrótce został Pan pierwszym szkoleniowcem Resovii...

- Witek Szyguła opuścił zespół po rundzie jesiennej, ze względów rodzinnych powrócił na Śląsk. Bezpośrednio po nim schedę przejął Jacek Machciński, ten, który później doprowadził łódzki Widzew do mistrzostwa kraju. W roli samodzielnego szkoleniowca pracę w Resovii rozpocząłem w sierpniu 1978 roku.

- Jak do tej pory nikt w Resovii nie pobił rekordu Ryszarda Latawca. Osiem lat pracy z roczną przerwą w jednym klubie to w obecnych realiach wydaje się wprost nieprawdopodobne.

- Dawniej nie zmieniano trenerów jak rękawiczki. Kiedy czytam prasę i widzę te nieustanne rotacje w polskiej ekstraklasie, drugiej lidze czy trzeciej łapię się za głowę. To istne szaleństwo.

- Za Pana kadencji Resovia aż trzykrotnie była bliska awansu do ekstraklasy. Niestety, nie udawało się. Różne bywały tego przyczyny, między innymi i te pozasportowe?

- Podzielam tę opinię. Pierwsza szansa awansu pojawiła się w 1981 roku. Przegraliśmy jednak w sportowej walce z Gwardią Warszawa 1-2. Jej atak stanowili tacy piłkarze jak Dziekanowski, Baran, Banaszkiewicz. Przeciwnik był mocniejszy i to wszystko. Dwa lata później stanęliśmy przed kolejną szansą. Praktycznie przez całą rundę wiosenną przewodziliśmy drugoligowej stawce. Po piętach deptał nam lubelski Motor. Los tak sprawił, że przedostatni mecz sezonu graliśmy w Lublinie. Przed meczem arbiter główny Edward Norek z Krakowa uprzedził mnie, że część moich piłkarzy nie jest zainteresowana awansem. Nie wierzyłem. A jednak była to prawda. Przegraliśmy 1-4. Nie chcę więcej powracać do tego spotkania. Po latach wszystkiego się dowiedziałem ze szczegółami. Miałem sprzedawczyków, straciliśmy szansę na ekstraklasę. W następnym roku uprzedził nas Radomiak.

- Przez rok był Pan także szkoleniowcem mieleckiej Stali...

- Postanowiłem spróbować sił w pierwszej lidze. Kiedy przejmowałem nad Stalą opiekę zespół był zagrożony spadkiem. Rozgrywki ukończyliśmy w środku tabeli. Myślę, że sprawdziłem się w roli szkoleniowca. Moim asystentem był Janusz Białek. Niestety, nie byłem w stanie znaleźć wspólnego języka z działaczami w kwestiach personalnych. Ściślej mówiąc, poszło o piłkarza Widzewa Łódź Sajewicza, który według mojej opinii nie nadawał się do podstawowego składu, ponieważ nie był typowym walczakiem, a ja takich potrzebowałem. Inni byli odmiennego zdania. Postanowiłem odejść ponieważ w sprawach personalnych zawsze starałem się mieć własne poglądy.

- Resovia spadła do czwartej ligi. Jak przyjął Pan tę wiadomość?

- Na bieżąco jestem informowany o tym co się dzieje w klubie. Spadek nie przypadek, skoro nieustannie tematem głównym w klubie jest to jak zdobyć pieniądze na przetrwanie. Mam nadzieję, że ta czwartoligowa kwarantanna potrwa tylko przez sezon.

- Praca w klubie, tu w Chicago, prowadzenie jego oldbojów, to takie hobby. Z czego utrzymuje się na co dzień Ryszard Latawiec?

- Jestem zatrudniony w firmie budowlanej, to moje główne źródło utrzymania.

- Czy po tak długim okresie pobytu nachodzą Pana jeszcze myśli o powrocie do Polski?

- Wciąż nie jestem zdecydowany. Z jednej strony pragnąłbym powrócić, z drugiej jednak wciąż podchodzę to tego z pewnym dystansem. Sytuacja jest bardzo niepewna, bezrobocie, drogie życie. Tu też nie jest łatwo, ale jak się pracuje, to człowiek wie, że żyje. Na szczęście mam przy sobie najbliższych, dzieci, żonę Halinę prowadzącą klubową kawiarenkę. Mam jednak taką nadzieję, że wkrótce zawitam do Rzeszowa. Chciałbym wówczas spotkać się ze starymi znajomymi - Władysławem Starzakiem, Gieniem Dąbrowskim, Józkiem Jodłowskim, Staszkiem Rogiem, Józkiem Rozborskim, Zbyszkiem Wiechem, Edkiem Musiałem, profesorem Lesławem Grzegorczykiem, słowem, resoviakami z krwi i kości. Dobrze, że są jeszcze tacy ludzie, to dzięki nim ten klub może jeszcze egzystować. Chciałbym jeszcze doczekać dla niego lepszych czasów.
 

 MS, Dziennik Polski | 10.09.2001

 

 













































































































































 

| ...do wywiady |

 
© 2006 | resoviacy.pl  serwis informacyjny CWKS Resovia Rzeszów | design by