|
-
Niebawem minie czternaście lat od czasu kiedy wyjechał Pan z Rzeszowa.
Jednak sentyment do miasta, a przede wszystkim do Resovii, z którą był
Pan przez wiele lat związany wciąż pozostał...
- Sercem wciąż jestem przy Resovii. Zresztą trudno, aby było inaczej.
Blisko czternaście lat spędzonych w Resovii, a zatem tyle ile przebywam
w Stanach Zjednoczonych, tego się nie da wykreślić z pamięci. Dodam, że
chyba były to najwspanialsze lata z mojego sportowego życiorysu.
- Czy kiedy w listopadzie 1987 roku udał się Pan w podróż za ocean,
spodziewał się Pan, że pobyt z dala od kraju będzie tak długi?
- Nie, tego się ani nie spodziewałem ani nie zakładałem. Wizę do Stanów
Zjednoczonych otrzymałem dwa lata wcześniej, zaproszenie wysyłał mi
Janek Domarski. Początkowo odkładałem wyjazd, aż w końcu zorientowałem
się, że ważność mojej wizy kończy się za niespełna dwa tygodnie.
Najpierw udałem się do konsulatu w celu jej ewentualnego przedłużenia.
Nie otrzymałem na to zgody. Stanąłem przed dylematem: jechać czy
pozostać. Wybrałem to pierwsze. Spakowałem walizki, pożegnałem się z
rodziną i 26 listopada, dwa dni przed końcem ważności wizy, wylądowałem
na chicagowskim lotnisku, z którego osobiście odbierał mnie mój były
podopieczny z Resovii Stasiu Urban.
- Podobno niemal z marszu został Pan szkoleniowcem polonijnego klubu
Wisła Chicago?
- Zgadza się. Z polskiego futbolu trafiłem do amerykańskiego.
Praktycznie stało się to z dnia na dzień.
- Początki chyba były trudne?
- Jak najbardziej. W Polsce miałem do czynienia z profesjonalną piłką,
pomimo że Resovia, którą szkoliłem występowała w drugiej lidze. Tutaj
panowało prawdziwe amatorstwo. Najpierw praca, później treningi i gra.
Wisłę przejąłem kiedy grała w amatorskiej lidze o nazwie National Soccer
League. Zrzeszała ona 16 zespołów.
- Jak układała się Panu praca?
- Dobrze, a nawet bardzo dobrze. Nie miałem najmniejszych problemów z
wpojeniem swoich metod szkoleniowych. Dużo pomogli mi w tym byli
resoviacy Staszek Urban, Jurek Bogdanowicz, Zbyszek Trzyna, Stefan
Kawalec oraz Jurek Maciejewski, który grywał w rzeszowskiej Stali.
Pierwszy zespół Wisły prowadziłem przez osiem lat. Trzykrotnie
zdobywaliśmy mistrzostwo ligi. Mieliśmy za sobą kilka finałów mistrzostw
polonijnych. W ubiegłym sezonie najlepszym graczem ligi polonijnej
wybrano Tomka Wrotonia, mielczanina, który jeszcze kilka lat temu
występował w pierwszoligowej Stali.
- Jacy piłkarze z Podkarpacia, oprócz wcześniej wymienionych, zaliczyli
występy w chicagowskiej Wiśle?
- Z Mielca Maciej Hołowiński, Tomasz i Sylwester Markowie, Robert
Madeja, Jurek Skowronek, Witek Wybraniec, Marek Kramarz, Jurek Wybraniec
z Resovii. W zawodowej lidze amerykańskiej w barwach Chicago Fire bardzo
udany sezon zaliczył Jerzy Podbrożny. To piłkarze, którzy w ostatnim
czasie przewijali się przez Wisłę. Niebawem dojdą następni, trwa
nieustanna rotacja. Jedni przyjeżdżają, inni wyjeżdżają.
- Obecnie prowadzi Pan oldbojów Wisły, jednocześnie pełniąc w niej
funkcję wiceprezesa...
- Od kiedy zaangażowałem się w sprawy organizacyjne klubu nie mam już
tyle czasu, by szkolić pierwszy zespół. W przyszłym roku obchodzić
będziemy 70-lecie Wisły. Zawiązał się już komitet organizacyjny.
Pomagają nam zarówno tu na miejscu, jak i w kraju. Niedawno odbyłem
rozmowy dotyczące zbliżającego się jubileuszu z Henrykiem Apostelem,
który na krótki czas zawitał do Chicago. Chcemy, aby jubileusz wypadł
okazale.
- W Polsce przez wiele lat związany był Pan z Resovią, jednak z
urodzenia jest Pan opolaninem. Piłkarską karierę rozpoczynał pan w
barwach popularnej w tym mieście Odry...
- W piłkę zaczynałem grać kiedy Odra występowała w ekstraklasie. Każdy
mieszkaniec Opola kibicował tej drużynie, zresztą była ona sportową
wizytówką miasta. Piłkarskiego rzemiosła uczyłem się od naprawdę
znakomitych piłkarzy. Henryk Szczepański, Konrad Kornek, Henryk Brejza,
Norbert Gajda, Engelbert Jarek to tylko niektórzy z tych, którzy
stanowili o sile zespołu.
- Kiedy przeniósł się Pan do Resovii?
- Latem 1967 roku. Resovia grała w trzeciej lidze. Jej celem był awans
do drugiej. Wszyscy tego oczekiwali. Byliśmy w cieniu rzeszowskiej
Stali, która w tamtym czasie posiadała zespół na miarę ekstraklasy. W
trzeciej lidze radziliśmy sobie doskonale. Problem polegał na tym, że
aby awansować, trzeba było zwycięsko przejść przez baraże. W nich
minimalnie lepszymi okazywały się drużyny Broni Radom, Lublinianki,
Radomiaka. Lata mijały, a ja jako piłkarz wciąż marzyłem o tym, aby
zagrać w drugiej lidze. W końcu, po sezonie 1975/76, zdecydowałem się
zakończyć czynną karierę. Zostałem asystentem Witka Szyguły, który
poprzednio szkolił Zagłębie Sosnowiec.
- To co nie udało się Panu z Resovią jako piłkarzowi, powiodło się w
roli trenera...
- W czerwcu 1977 roku, po pamiętnym bezbramkowym remisie w Krakowie z
tamtejszą Cracovią, awansowaliśmy do drugiej ligi. To był pierwszy i jak
do tej pory jedyny awans Resovii. Mecz obserwowało blisko 30 tysięcy
kibiców. Wytrzymaliśmy psychicznie presję. Witek uczynił to, czego nie
dokonali jego poprzednicy, naprawdę znakomici trenerzy - mam tu na myśli
Aleksandra Brożyniaka czy nie żyjącego Mieczysława Kruka. 17 lat
"pasiaki" grały w tej klasie piłkarskich rozgrywek. Kiedy obecnie
występują aż dwie klasy niżej łza się w oku kręci.
- Wkrótce został Pan pierwszym szkoleniowcem Resovii...
- Witek Szyguła opuścił zespół po rundzie jesiennej, ze względów
rodzinnych powrócił na Śląsk. Bezpośrednio po nim schedę przejął Jacek
Machciński, ten, który później doprowadził łódzki Widzew do mistrzostwa
kraju. W roli samodzielnego szkoleniowca pracę w Resovii rozpocząłem w
sierpniu 1978 roku.
- Jak do tej pory nikt w Resovii nie pobił rekordu Ryszarda Latawca.
Osiem lat pracy z roczną przerwą w jednym klubie to w obecnych realiach
wydaje się wprost nieprawdopodobne.
- Dawniej nie zmieniano trenerów jak rękawiczki. Kiedy czytam prasę i
widzę te nieustanne rotacje w polskiej ekstraklasie, drugiej lidze czy
trzeciej łapię się za głowę. To istne szaleństwo.
- Za Pana kadencji Resovia aż trzykrotnie była bliska awansu do
ekstraklasy. Niestety, nie udawało się. Różne bywały tego przyczyny,
między innymi i te pozasportowe?
- Podzielam tę opinię. Pierwsza szansa awansu pojawiła się w 1981 roku.
Przegraliśmy jednak w sportowej walce z Gwardią Warszawa 1-2. Jej atak
stanowili tacy piłkarze jak Dziekanowski, Baran, Banaszkiewicz.
Przeciwnik był mocniejszy i to wszystko. Dwa lata później stanęliśmy
przed kolejną szansą. Praktycznie przez całą rundę wiosenną
przewodziliśmy drugoligowej stawce. Po piętach deptał nam lubelski
Motor. Los tak sprawił, że przedostatni mecz sezonu graliśmy w Lublinie.
Przed meczem arbiter główny Edward Norek z Krakowa uprzedził mnie, że
część moich piłkarzy nie jest zainteresowana awansem. Nie wierzyłem. A
jednak była to prawda. Przegraliśmy 1-4. Nie chcę więcej powracać do
tego spotkania. Po latach wszystkiego się dowiedziałem ze szczegółami.
Miałem sprzedawczyków, straciliśmy szansę na ekstraklasę. W następnym
roku uprzedził nas Radomiak.
- Przez rok był Pan także szkoleniowcem mieleckiej Stali...
- Postanowiłem spróbować sił w pierwszej lidze. Kiedy przejmowałem nad
Stalą opiekę zespół był zagrożony spadkiem. Rozgrywki ukończyliśmy w
środku tabeli. Myślę, że sprawdziłem się w roli szkoleniowca. Moim
asystentem był Janusz Białek. Niestety, nie byłem w stanie znaleźć
wspólnego języka z działaczami w kwestiach personalnych. Ściślej mówiąc,
poszło o piłkarza Widzewa Łódź Sajewicza, który według mojej opinii nie
nadawał się do podstawowego składu, ponieważ nie był typowym walczakiem,
a ja takich potrzebowałem. Inni byli odmiennego zdania. Postanowiłem
odejść ponieważ w sprawach personalnych zawsze starałem się mieć własne
poglądy.
- Resovia spadła do czwartej ligi. Jak przyjął Pan tę wiadomość?
- Na bieżąco jestem informowany o tym co się dzieje w klubie. Spadek nie
przypadek, skoro nieustannie tematem głównym w klubie jest to jak zdobyć
pieniądze na przetrwanie. Mam nadzieję, że ta czwartoligowa kwarantanna
potrwa tylko przez sezon.
- Praca w klubie, tu w Chicago, prowadzenie jego oldbojów, to takie
hobby. Z czego utrzymuje się na co dzień Ryszard Latawiec?
- Jestem zatrudniony w firmie budowlanej, to moje główne źródło
utrzymania.
- Czy po tak długim okresie pobytu nachodzą Pana jeszcze myśli o
powrocie do Polski?
- Wciąż nie jestem zdecydowany. Z jednej strony pragnąłbym powrócić, z
drugiej jednak wciąż podchodzę to tego z pewnym dystansem. Sytuacja jest
bardzo niepewna, bezrobocie, drogie życie. Tu też nie jest łatwo, ale
jak się pracuje, to człowiek wie, że żyje. Na szczęście mam przy sobie
najbliższych, dzieci, żonę Halinę prowadzącą klubową kawiarenkę. Mam
jednak taką nadzieję, że wkrótce zawitam do Rzeszowa. Chciałbym wówczas
spotkać się ze starymi znajomymi - Władysławem Starzakiem, Gieniem
Dąbrowskim, Józkiem Jodłowskim, Staszkiem Rogiem, Józkiem Rozborskim,
Zbyszkiem Wiechem, Edkiem Musiałem, profesorem Lesławem Grzegorczykiem,
słowem, resoviakami z krwi i kości. Dobrze, że są jeszcze tacy ludzie,
to dzięki nim ten klub może jeszcze egzystować. Chciałbym jeszcze
doczekać dla niego lepszych czasów.
|