|
Rozmowa
z Marcinem Jałochą, trenerem piłkarzy Resovii.
Tomasz Szeliga (Super Nowości): 24 punkty w 14
meczach – to pański dorobek w Resovii. Jest pan zadowolony z tego wyniku?
Marcin Jałocha (trener Resovii): Decydując się na pracę w Rzeszowie,
powiedziałem do działaczy: jeśli na koniec rundy z przodu pojawi się cyfra 2,
nie będzie źle. Szkoda jedynie ostatniego meczu z Puszczą. I nie chodzi o
porażkę, ale o styl. Generalnie jednak – wycisnęliśmy z tego zespołu, ile się
dało.
- Przejmowanie drużyny w trakcie sezonu nigdy nie
jest łatwe. Pan też długo szukał optymalnej jedenastki i znalazł ją dopiero na
finiszu rundy.
- Pierwszy raz znalazłem się w sytuacji, gdy w trakcie rozgrywek zastępowałem
trenera. Na początku najważniejsze było zdobywanie punktów, jakość w grze
przyszła później, a dopiero po zimie będzie można powiedzieć, iż Resovia to
“moja” drużyna.
- Po Arturze Łuczyku otrzymał pan w spadku świetną
linię obrony, ale ludzie odpowiedzialni za kreowanie sytuacji i zdobywanie goli
już tak skuteczni nie byli. Jednak poradził pan sobie, to przy panu Sebastian
Hajduk zaczął przypominać zawodnika, który dwa lata wcześniej był królem
strzelców II ligi.
- Cieszy, że zaczęliśmy strzelać gole, że Hajduk doszedł do siebie. Trochę
martwi, że do siatki trafiali głównie napastnicy. U mnie w zespole każdy musi
bronić, a bramki powinni zdobywać również obrońcy. Będziemy nad tym pracować.
- Kto dla pana był odkryciem rundy?
- Andrij Nikanowycz, który radził sobie w środku pomocy i z konieczności na
stoperze. Wprowadził spokój do defensywy.
- Gorzej było z młodzieżą.
- Resovia ma zdolnych chłopaków, ale z roczników 1993-94, którzy jeszcze nie
są w stanie pogodzić nauki z treningami w zespole II ligi. Nasi młodzieżowcy nie
prezentują odpowiednio wysokiego poziomu, owszem, starają się, ale drużyna
mająca I-ligowe aspiracje musi mieć lepszych zawodników. Takich zatem szukamy,
choć to ciężki temat, bo nie jesteśmy jedyni.
- Nawet po efektownych zwycięstwach prezentował pan
pokerową twarz. To maska, czy faktycznie tak trudno pana zadowolić?
- W piłce siedzę od lat i wiem, że najważniejsza jest pokora. Po serii
zwycięstw wiele osób zobaczyło w nas faworytów, ale ja uważam, że obecna Resovia
nie jest drużyną na I ligę. Zespół się buduje, mam nadzieję, iż wiosną położymy
podwaliny pod przyszłe sukcesy. Apelowałbym jednak o cierpliwość.
- Wielkiej presji na awans nie ma, ale każdemu wolno
marzyć o I lidze. Sęk w tym, że straty do Okocimskiego i OKS Olsztyn są duże.
- Nie wszystko zależy od nas, ale zespół będzie walczył w każdym meczu o 3
punkty. Inaczej do sprawy podejść nie można.
- Będą zmiany w kadrze oraz samym sztabie
szkoleniowym. Jakie dokładnie?
- Niezależnie, gdzie pracuję, po każdej rundzie wymieniam 2-3 piłkarzy.
Słabsi albo tacy, którzy nie pasują do koncepcji ustępują miejsca lepszym.
Budowa poważnego zespołu to także powiększenie sztabu szkoleniowego o
wartościowych ludzi, dlatego zatrudnimy drugiego trenera oraz specjalistę od
przygotowania fizycznego. Dziś trudno mi powiedzieć, czy moim asystentem
zostanie Tomasz Tułacz.
- Syn nadal gra w piłkę?
- Musiał zrezygnować przez problemy z kolanami. Ale poszedł w trenerkę:
studiuje na AWF i pracuje z dzieciakami w krakowskiej Akademii Piłkarskiej Tomka
Frankowskiego i Mirka Szymkowiaka.
- Jest pan miłośnikiem włoskiej kuchni. Znalazł pan w
Rzeszowie restaurację podobną do swojej ulubionej „Pomodorino”?
- Mam nadzieję, że w styczniu zacznę się za takim lokalem rozglądać. Na razie
wędruję utartym szlakiem: mieszkanie na osiedlu Krakowska – hipermarket Real –
klub (śmiech). |