|
Michał
Bogacz, obrońca Resovii, o zesłaniu do drużyny rezerw, niełatwej walce o
odzyskanie dawnej pozycji i życiu po groźnej chorobie.
W Resovii od 2006 roku, przez lata filar zespołu, człowiek, od którego
trenerzy rozpoczynali ustalanie składu. Tego lata obniżył loty i znalazł się w
IV-ligowej drużynie rezerw.
Tomasz Szeliga (Super Nowości): Michał Bogacz w
Resovii II. Ciężko się przyzwyczaić…
Michał Bogacz: Cóż, taka kolej rzeczy. Trzeba to zaakceptować.
- Był pan zaskoczony decyzją trenera?
- Rozegrałem bardzo słaby mecz w Pucharze Polski z Okocimskim Brzesko, w
sparingach też nie wyglądałem najlepiej. Przegrałem rywalizację z Mirkiem
Baranem i Konradem Domoniem, a sprawę komplikuje dodatkowo fakt, iż na kluczowej
pozycji środkowego obrońcy rzadko dokonuje się zmian.
- Trenuje pan z pierwszą drużyną, więc tak szczerze –
bardzo odstaje pan poziomem od kolegów występujących na co dzień w II lidze?
- Wielkiej różnicy nie dostrzegam. Mam jednak świadomość, że w trakcie rundy
ciężko będzie wskoczyć nawet na ławkę rezerwowych, bo do zespołu dołączył
kolejny stoper (Bartłomiej Makowski – red.). W zimie otwiera się okienko
transferowe i możliwe, że odejdę z Resovii. Choć łatwo się nie poddam.
- Trener Tomasz Tułacz podkreśla, że wciąż na pana
liczy. A rywalizacja o miejsce w składzie może wyjść drużynie na dobre.
- Dlatego na zajęciach nie odpuszczam chłopakom. Nie mówię, że muszą uciekać z
nogami, gdy przebiegam obok, ale czasem bywa ostro. Robię co mogę, by wrócić do
formy, bo samymi występami w IV lidze wiele nie zdziałam.
- Obrońcy z długim stażem nie mają ostatnio w Resovii
lekkiego życia. Kłopoty mieli wcześniej Mirosław Baran, Wiesław Kozubek, teraz
do “dwójki” zesłany został także Piotr Szkolnik…
- Nie zapominajmy o Konradzie Domoniu. Koledzy pocieszają, że trzeba się
przemęczyć, a ja się śmieję, że po sześciu latach i na mnie przyszła kolej.
- Jakie to uczucie oglądać kolegów z wysokości
trybun?
- Nie ma co udawać – boli. Widziałem triumf nad Radomiakiem, cały zespół wniósł
się na bardzo wysoki poziom. Pomyślałem wtedy, że nie miałbym szans, by się
gdzieś wcisnąć.
- Skąd u pana, przez lata podpory defensywy, taka
obniżka formy? Czyżby wesele, podróż poślubna, nowe życiowe plany tak bardzo
przeszkodziły w przygotowaniach do sezonu?
- Sprawy osobiste nie mają tu nic do rzeczy. Zawsze potrafiłem oddzielić życie
prywatne od zawodowego.
- Dlaczego nie zdecydował się pan na zmianę klubu.
Trener Unii Tarnów powiedział, że zachował się pan jak dzieciak.
- To prawda, że praktycznie byłem dogadany z działaczami Unii. Kiedy jednak
zacząłem się dowiadywać od zaufanych osób, związanych z “Jaskółkami”, co dzieje
się w klubie, wycofałem się z obietnicy. Na transferze nie zyskałbym ani
finansowo, ani sportowo, bo klub organizacyjnie kuleje.
- Kilka lat temu wykryto u pana nowotwór. Po operacji
długo dochodził pan do siebie, ale w końcu wrócił do uprawiania sportu.
Zapomniał pan już o problemach ze zdrowiem?
- Odpukać, jest dobrze. Ale co 6-8 miesięcy melduję się na kontroli w Centrum
Onkologii w Krakowie. Przechodzę tomografię komputerową, badanie krwi. Wcześniej
leczyłem się w Warszawie, ale Kraków ma lepszą opiekę. Zawsze będę pamiętał, że
w tym trudnym okresie Resovia bardzo mi pomogła.
- Po takich doświadczeniach człowiek inaczej spogląda
na otaczający go świat.
- Dokładnie. Kocham piłkę nożną, ale uświadomiłem sobie, że są rzeczy ważniejsze
od futbolu. Nawet po chemii nie usłyszałem od żadnego specjalisty, abym dał
sobie spokój z wyczynowym uprawianiem sportu. Gdyby tak się jednak stało, nie
rozpaczałbym.
- Jak daleko zajdzie Resovia w tym sezonie?
- Widzę ją w czołowej czwórce. Liga nie ma zdecydowanych faworytów, więc kto
wie, może właśnie teraz ziści się marzenie kibiców o awansie do I ligi? |