|
- Z czym kojarzy się Panu 19 czerwca 1977 roku?
- Nigdy tej daty nie zapomnę. Wraz z Resovią wywalczyłem pierwszy w
historii tego klubu awans do drugiej ligi. Graliśmy ostatni, decydujący
mecz z Cracovią. Gospodarze musieli go wygrać, nam wystarczał remis. W
obecności blisko 30 tysięcy kibiców padł bezbramkowy wynik. Po meczu
osobiście gratulacje składał dziennikarz krakowskiej telewizji Andrzej
Szeląg.
- Potem przyszedł czas na udane występy w drugiej lidze...
- Pamiętny był ten pierwszy, niezwykle ważny dla nas mecz.
Podejmowaliśmy spadkowicza z ekstraklasy GKS Tychy, zespół naszpikowany
świetnymi piłkarzami. Polecono mi opiekę nad napastnikiem Stanisławem
Szachnitowskim. Romana Ogazę krył Bogdan Siorek. Zremisowaliśmy 1-1,
debiut nie wypadł źle, chociaż do 72 minuty po bramce Mariana Szaramy
prowadziliśmy 1-0.
- Wkrótce pod adresem wychowanka Stali Nysa posypały się oferty z
pierwszoligowych klubów...
- Stal Mielec, GKS Katowice i Śląsk Wrocław - te piłkarskie firmy
istotnie były zainteresowane pozyskaniem mnie. W Mielcu przebywałem już
nawet przez kilka dni, lecz ostatecznie zjawili się działacze Resovii i
nakłonili mnie do powrotu w jej szeregi.
- Czy z perspektywy czasu nie żałuje Pan faktu, że nie spróbował swych
sił na boiskach ekstraklasy?
- Czasami tak. Być może wówczas moja kariera potoczyłaby się inaczej.
Dla mnie jednak najważniejsza była rodzina. Nie chciałem jej opuszczać i
udawać się na Śląsk, czy nawet do nieodległego Mielca. Wolałem zostać w
Resovii. Było, minęło, teraz trzeba żyć teraźniejszością, chociaż nie
ukrywam, że lubię powspominać te stare, dobre, resoviackie czasy.
- Warto jeszcze może przypomnieć, że Resovia także miała szanse grać w
ekstraklasie...
- Miała, ale nic z tego nie wyszło. W 1981 roku w decydującym meczu
przegraliśmy w Rzeszowie z Gwardią Warszawa 1-2. Trzy lata później z
Motorem Lublin 1-4, lecz ja w tym spotkaniu nie brałem udziału. Szkoda
straconych okazji.
- Pomimo swoich 44 lat wciąż imponuje Pan świetną formą. Niedawno na
nowo podjął się Pan gry w Jedności Niechobrz. Efektem było pierwsze
zwycięstwo nad Startem Wola Mielecka 3-2. Adam Pielach umiejętnie
kierował grą zespołu...
- Gry się nie zapomina. Po prostu stara szkoła oparta na dobrej
technice, popartej zdrowiem. Często żartuję, że my, piłkarze starej
daty, jesteśmy nie do zdarcia. Na co dzień pracuję w firmie Bać Pol,
zdrowie dopisuje, więc zdecydowałem się pogodzić pracę z ponownymi
występami na boisku.
- Wierzy Pan, że Jedność zdoła sprolongować swój piątoligowy byt?
- Nie będzie łatwo, lecz mimo wszystko jestem optymistą.
|