|
-
Jak spędził pan okres świąteczno noworoczny?
- Święta spędziłem w rodzinnym gronie na przemian u moich rodziców w
Przemyślu oraz Rzeszowie, w którym na stałe mieszkam. Z kolei Nowy rok
już po raz trzeci z rzędu powitałem na sylwestrowym balu organizowanym
przez rzeszowską Politechnikę. Bawiłem się z moimi najbliższymi
przyjaciółmi jeszcze z okresu gry w barwach Resovii - Tomkiem Orłowskim,
Markiem Amarowiczem, Jasiem Kozickim, Markiem Kramarzem oraz
debiutującym w naszej stałej paczce młodym bramkarzem mojej byłej
drużyny Grzegorzem Opalińskim. Jak zwykle atmosfera była znakomita
i wypada tylko żałować, że ten wolny czas szybko się skończył.
- Czy miniony rok był udany dla pana?
- Myślę, ze tak. Nie brakowało w nim sportowych sukcesów, takich jak
sięgnięcie przeze mnie z Legią po drugie z rzędu mistrzostwo Polski. Tak
w ogóle, to było to już czwarty mistrzowski tytuł w mojej piłkarskiej
karierze. Te dwa poprzednie zdobywałem wraz z Lechem. Poza tym -
niezapomniane mecze w Lidze Mistrzów i awans do ćwierćfinału najlepszych
europejskich drużyn. To wyniki, które muszą satysfakcjonować. Niedosytem
jest to, że w minionym sezonie nie udało mi się po raz trzeci wywalczyć
króla strzelców, chociaż byłem tego bardzo bliski. Może gdybym wystąpił
w ostatnim ligowym meczu przeciwko Widzewowi, wówczas udałoby mi się
odrobić dystans jednej bramki do Bogdana Cygana.
- W polskim futbolu Jerzy Podbrożny zyskał sobie przydomek "dziecka
szczęścia". Za każdym razem kiedy zmieniał pan piłkarski klub -
przychodzą do nowego, trafiał pan na znakomitą koniunkturę.
- Jest w tym sporo prawdy Za każdym razem na zmianie wychodziłem bardzo
dobrze. Po prostu urodziłem się pod dobrą gwiazdą i odpukać - jak do tej
pory szczęście mi sprzyja. Niektórzy moi koledzy żartują nawet, że kiedy
zdecyduję się na zmianę klubu, to oni pójdą za mną, gdyż ostatnimi czasy
tam, gdzie zawita Podbrożny - tam zdobywa się mistrzostwo Polski.
- Jest pan w tej chwili na topie. Kiedyś jednak był pan znany tylko w
rodzinnym mieście. Jak Jerzy Podbrożny ruszał z Przemyśla w świat?
- Wiosną 1986 roku piłkarz Resovii Wojtek Skorwider wraz z ówczesnym
kierownikiem piłkarskiej sekcji Resovii, panem Józefem Poleskim,
przyjechali do Przemyśla na mecz Polnej przeciwko krakowskiemu Wawelowi.
Moja osoba w ogóle nie interesowała pana Poleskiego. Przybył po to, aby
obserwować grę Zbyszka Piechoty. Grałem sobie na luzie strzelając
przeciwnikowi jedną z dwóch zdobytych przez Polną bramek. Zwyciężyliśmy
Wawel 2-1, a ja nie zostałem zauważony przez kierownika Resovii. Nawet
kiedy Wojtek zapytał go, co sądzi o grze Podbrożnego - pan Poleski jakoś
nie mógł sobie mnie dokładnie skojarzyć. Wojtek pozostawał przy swoim i
po przyjeździe do Rzeszowa, jak sam mi się później przyznał -
nieustannie molestował kierownika drużyny, aby ściągnąć mnie do Resovii.
W końcu sam ówczesny prezes klubu Marek Uberman słysząc jego ciągłe
nalegania - wydał polecenie aby mnie przetestować. Pamiętam dobrze jak
wspólnie ze Skorwiderem wsiedliśmy do pociągu z Przemyśla do Rzeszowa i
on cały czas spokojnie tłumaczył mi co mam robić, aby trakcie testowania
wpaść w oko trenerowi Ryszardowi Latawcowi.
- W resovii po raz pierwszy w swojej karierze zetknął się pan z
dużymi pieniędzmi...
- Za przejście otrzymałem symboliczną sumę, trudno zresztą abym w
tamtym czasie jako dopiero początkujący piłkarz inkasował duże
pieniądze. Na początku zamieszkałem w hotelu robotniczym, dzieląc pokój
z Markiem Amarowiczem. Po roku gry otrzymałem trzypokojowe mieszkanie, w
którym wcześniej mieszkał były koszykarz, a następnie trener Resovii
Leszek Tomaszewski. Tak więc Resovia nie dała mi dużych pieniędzy, ale
za to otrzymałem z klubu mieszkanie, które po jakimś czasie wykupiłem
sobie na własność.
- Po Resovii był Igloopol...
- Tak na dobrą sprawę to dopiero w tym klubie po raz pierwszy w swojej
karierze zetknąłem się z profesjonalną piłką. Człowiekiem, który rządził
Igloopolem był Edward Brzostowski. Mam o nim jak najlepsze zdanie.
Potrafił załatwić dosłownie wszystko. Dla nas piłkarzy był jak ojciec.
Dlatego - choć w czerwcu 1989 roku poważną ofertę gry złożył mi Widzew -
ja wolałem wybrać drugoligowy wówczas Igloopol i nigdy nie żałowałem
podjętej decyzji.
- Nie da się ukryć, że dębicki klub skusił pana bardziej intratną
ofertą...
- Od Igloopolu otrzymałem nowego Poloneza oraz 20 mln zł do ręki, co
na tamte czasy było niemałą kwotą. Z kolei Widzew oferował mi Ładę i 10
mln zł. Resovia otrzymała 200 mln zł.
- Znanym piłkarzem Jerzy Podbrożny stał się po przenosinach do Lecha
Poznań...
- Przyznam się szczerze, ze zanim podpisałem kontrakt z tym klubem,
dosyć długo rozważałem nad tym czy aby przypadkiem nie zdecydować się na
występy w warszawskiej Legii, która niemal w tym samym czasie złożyła mi
propozycję gry. W końcu jednak zdecydowałem się na grę w Lechu, z którym
dwukrotnie sięgałem po mistrzostwo Polski. Niezależnie od tego w
sezonach 1991-92 oraz 1992-93 zdobywałem tytuły króla strzelców,
mając odpowiednio na swoim koncie 20 oraz 25 strzelonych bramek.
- Legia nie dawała jednak za wygraną. Po niespełna trzech latach
ponownie złożyła panu ofertę gry...
- Tym razem nie miałem już żadnych wątpliwości i bez chwili wahania
podpisałem z nią kontrakt. W Lechu atmosfera zaczynała być nieciekawa.
"Lądując" na Łazienkowskiej - dokonałem życiowego wyboru . Kolejne dwa
tytuły mistrzowskie, a nade wszystko występy w Lidze Mistrzów sprawiły,
że jako człowiek, utrzymujący się wyłącznie z gry w piłkę - stałem się
całkowicie niezależny finansowo. Miniony rok był jedną wielką finansową
hossą, na którą w głównej mierze złożyły się wspomniane już występy w
Lidze Mistrzów. Nawet największe kilkuletnie sukcesy w krajowej piłce
nie są w stanie zapewnić takich środków finansowych, jak gra przeciwko
najlepszym europejskim zespołom.
- Co sądzi pan o waszym ćwierćfinałowym przeciwniku Panathinaikosie?
- To będzie bardzo trudny przeciwnik. Boję się, aby przypadkiem
niektórzy moi koledzy z drużyny nie poczuli się już półfinalistami. Przy
maksymalnej koncentracji i pokazaniu pełnej gamy naszych umiejętności
stać nas jednak na to, aby wyeliminować mistrza Grecji.
- Czy sądzi pan, że nowy selekcjoner znajdzie dla pana miejsce w
reprezentacji?
- Bardzo bym chciał, aby tak było.
- Losowanie eliminacji mistrzostw świata nie było dla nas szczęśliwe.
Jak ocenia pana awansowe szanse Polski?
- Najgroźniejsi będą Włosi, których uważam za zdecydowanych faworytów
naszej grupy. Anglicy to stara piłkarska firma, którą przejść będzie
niesłychanie trudno. Nie można się jednak z góry poddawać! Trzeba będzie
walczyć do samego końca.
- Z Legią ma pan podpisany kontrakt do 30 czerwca br. Czy jest
pan zainteresowany jego dalszym przedłużeniem?
- Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno jeśli zdecyduję się na
pozostanie w tym klubie, wówczas uczynię to za większe pieniądze, niż
miało to miejsce przy podpisywaniu poprzedniej umowy.
- Podobno w Rzeszowie zamierza pan kupić okazały dom?
- Miałem na oku piękną willę o pow. 400 m2 Doszedłem jednak do
przekonania, ze w chwili obecnej nie ma sensu abym lokował ogromne
pieniądze w tak duży i w dodatku jeszcze nie wykończony dom.
Niewykluczone, ze w najbliższym czasie dokonam zakupu nieco mniejszej
posiadłości w okolicach Rzeszowa. Należę do tego typu ludzi, którzy
nigdy pochopnie nie wydają pieniędzy.
- Stąd wniosek, ze swoja przyszłość zamierza pan związać z miastem
nad Wisłokiem?
- Na pewno wrócę do Rzeszowa, w którym zresztą mam swoje mieszkanie. Nie
wiem jeszcze, jak długo potrwa moja piłkarska kariera. Chciałbym jeszcze
pograć z pięć, może sześć lat. Następnie pragnąłbym poświęcić się pracy
trenerskiej. Najlepiej odpowiadałoby mi szkolenie młodzieży.
- Czego życzyłby pan sobie w nowym roku?
- Przede wszystkim zdrowia - tak, aby omijały mnie kontuzje, no i
nieszczęśliwe starcia. Od strony sportowej - pragnąłbym wraz z Legią
znaleźć się w półfinale Ligi Mistrzów, gdyż o finale już nawet nie śmiem
marzyć. W lidze będziemy dążyć do zdobycia po raz trzeci z rzędu
mistrzostwa kraju. Zatem życzeń jest sporo. Oby tylko udało się je
pomyślnie zrealizować!
|