|
Przed
sezonem liczono, że Resovia powalczy o drugą ligę tymczasem cała energia
zespołu skupiła się na ucieczce ze strefy spadkowej...
- Słowa słowami, a rzeczywistość wcale nie była taka, jak sobie
wyobrażano. Myślę, że niektóre wypowiedzi działaczy dotyczące naszych
szans w trzeciej lidze wynikały raczej z nieznajomości tematu. Sekcja
piłki nożnej przeżywa kryzys organizacyjny. Jeśli chce się myśleć o
sukcesach, trzeba mieć pieniądze. Nam brakuje środków na wszystko.
Pana poprzednik, Zbigniew Gnida prowadził zespół w zaledwie pięciu
meczach i po derbowej porażce ze Stalą złożył rezygnację. Nie było zbyt
wielu chętnych do objęcia tej posady.
- Żaden trener nie podjąłby się pracy w klubie, w którym problemem jest
znalezienie pieniędzy na najbliższy mecz wyjazdowy. Ja z Resovią jestem
związany na dobre i na złe. W 1997 roku wywalczyłem z nią awans do
drugiej ligi. Przez blisko 14 lat szkoliłem w tym klubie młodzież.
Zgodziłem się objąć tę funkcję, gdyż w przeciwnym razie zespół mógłby
pozostać bez trenera.
Czyżby z Resovią było aż tak źle?
- Gramy w starym sprzęcie, stadion znajduje się w opłakanym stanie. Z
trzecioligowych drużyn mamy chyba najgorszą bazę.
Czy możecie liczyć na jakąś pomoc?
- Prezes naszej sekcji, Bogdan Kidacki robi co może. Chodzi do różnych
firm z prośbą o wsparcie zwłaszcza gdy czeka nas mecz wyjazdowy.
Czy piłkarze otrzymują z klubu jakieś pieniądze?
- Jedynie co dostają, to środki na tzw. dożywianie - kilkaset tysięcy
miesięcznie.
W trakcie rundy jesiennej w zespole następowały dość liczne zmiany
kadrowe. Nie sprzyjało to konsolidacji zespołu...
- To prawda i przyznam szczerze, że czasami miałem już wszystkiego dość.
Przed rozgrywkami odszedł Henryk Rożek, po trzech kolejkach do Stanów
Zjednoczonych wyjechał Witold Wybraniec. Potem z powodu kontuzji nie
mogli grać Robert Pikiel i Janusz Kozicki. Przez pół rundy nie bronił
Grzegorz Gniewek, którego jednak udanie zastępował osiemnastoletni
Grzegorz Opaliński.
Mimo tych kłopotów pańscy podopieczni pokazali w kilku meczach, że
potrafią grać w piłkę.
- Zgadza się, lecz działo się to wówczas, gdy poczuli choćby minimalny
bodziec finansowy. dotyczy to zwłaszcza pucharowych spotkań ze Stalą
Rzeszów i Zawiszą Bydgoszcz.
W podstawowym składzie coraz częściej pojawiają się pańscy
wychowankowie.
- Grają ponieważ klubu nie stać na transfery. Z konieczności wstawiałem
do składu siedemnastolatków: Grzegorza Łuczyka, Wiktora Solarza,
Grzegorza Rembisza i o rok od nich starszych Roberta Rodzinkę, Roberta
Domonia i Rafała Cygana. Z grup młodzieżowych wybrałem praktycznie
wszystkich najlepszych. Niestety, bez nich drużyna juniorów radzi sobie
w rozgrywkach bardzo słabo. To może niepokoić.
Czy widzi pan perspektywy polepszenia sytuacji?
- Wierzę, że będzie lepiej. Inaczej dawno dałbym sobie spokój. Moim
piłkarzom nie potrzeba wiele do szczęścia. Wystarczy, aby ktoś pokazał
im, że w tej trudnej sytuacji mogą jeszcze liczyć na jakąś pomoc.
|