|
- Prezesowanie
Resovii to zadanie niewdzięczne. Długo trzeba było pana do niego
namawiać?
- Miałem opory, bo nie byłem przekonany czy starczy mi czasu na
kolejne zajęcie. Jestem komendantem WKU w Rzeszowie, prezesem
spółdzielni mieszkaniowej, mam rodzinę, a w wolnym czasie lubię wyjechać
na polowanie. W końcu się zdecydowałem, za co, nawiasem mówiąc, nie
zostałem pochwalony przez żonę.
- Kibice Resovii też pana nie oszczędzą, jeśli drużyna piłkarska
spadnie do czwartej ligi, a koszykówka będzie grać ciągle w najniższej
lidze. Którą dyscyplinę będzie pan forował.
- Żadnej, choć nie ukrywam, że lubię piłkę. Sam jednak nigdy
wyczynowo nie trenowałem żadnej dyscypliny. Do tego bardziej mnie
zajmowały sporty zimowe. W młodości skakałem nawet na skoczni w Sanoku.
Lubię narty, łyżwy. Wracając do pytania, jednym z podstawowych zadań,
jakie sobie stawiam jest uratowanie piłkarzy przed spadkiem do czwartej
ligi. Jest duża możliwość, że pewni ludzie pomogą tej drużynie. Tyle na
razie mogę powiedzieć.
- Co poza tym chce pan osiągnąć przez te półtora roku, jakie zostało
do końca kadencji?
- Ważnym zadaniem na ten rok jest sprawne i ciekawe przeprowadzenie
jubileuszu stulecia Resovii. To duże przedsięwzięcie. Chcielibyśmy
zaprosić i ugościć w klubie byłych resoviaków. Marzy mi się odnowienie
szkolenia młodzieży w sekcji koszykarskiej. Czy wszystko się uda? Nie
wiem, ale będę chciał zrobić jak najwięcej.
- Misją prezesa Zaborniaka było oddłużenie klubu. To zdaje się już niemal
zakończona sprawa.
- Zgadza się. To sukces pana Zaborniaka i rzecz, która pozwala
patrzeć w przyszłość bardziej optymistycznie.
- Ma pan jakieś pomysły na to, aby w kasie Resovii zaczęły się pojawiać
konkretniejsze pieniądze?
- Nic z dnia na dzień się nie stanie. Nie pojawi się wielki sponsor,
który wyłoży miliony. Myślę, że prezydent nas wspomoże pewna kwotą, ale
sami w klubie musimy działać. Uważam za możliwe pozyskiwanie większych
środków z własnej działalności gospodarczej. Jestem też przekonany, że
są firmy, które nie odmówią nam pomocy.
- Posiada pan doświadczenie w rozmowach z szefami takich firm?
- Wojsku się nie przelewa. Często chodzimy po różnych firmach i
prosimy o pomoc. W trakcie dotychczasowego urzędowania na WKU udało mi
się wiele zrobić, właśnie dzięki pomocy firm z zewnątrz. Mam sporo
kontaktów i będę chciał teraz tych ludzi namówić na pomoc dla Resovii.
Jeśli inni działacze też znajdą jakichś darczyńców, jeśli rozkręcimy
działalność gospodarczą, będziemy stawać mocniej na nogi.
- Gdyby ktoś chciał kupić budynek niedoszłego hotelu klubowego, Resovia
dostałaby zastrzyk poważnej gotówki.
- Ciągle myślimy o tym budynku i prędzej czy później znajdziemy
nabywcę.
- Dotąd pełnił pan funkcje wiceprezesa. Jak długo działa pan w Resovii?
- Około trzech trzy. Zastąpiłem pułkownika Wojtynę, który w Resovii
pracował przez dwadzieścia lat.
- Proszę powiedzieć coś więcej o sobie.
-
Pochodzę z Jasienicy Rosielnej (rocznik 1955 - przyp. red.). W
Sanoku skończyłem technikum mechaniczne. Potem był WAT w Warszawie i WSP
w Rzeszowie, gdzie kończyłem wydział pedagogiczny - wychowanie obronne.
Swego czasu byłem ratownikiem GOPR-u bieszczadzkiego. Teraz mieszkam w
Rzeszowie. Mam żonę i trojkę dzieci.
- Wspomniał pan, że lubi polować. Dużo pan przynosi zwierzyny z lasu.
- Raczej nie. Zresztą w całym polowaniu najbardziej lubię te godziny
spacerów po lesie. Wtedy potrafię wypocząć, całkowicie się wyłączyć.
- Teraz czasu na takie wypady będzie mniej.
- Wiem o tym. Ucierpi też na tym moja pasja zbieracza. Od kilkunastu lat
zbieram znaczki, monety. Dla rodziny też będzie mniej czasu. Pocieszam
się, że to niewiele ponad rok czasu i że moja praca w Resovii da efekty.
|